Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śródmieście. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śródmieście. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 listopada 2013

Między Bułkami

www.miedzybulkami.pl
20-40zł

Wciśnięte pomiędzy kamienicami na Alejach, Między Bułkami już z ulicy zachęca elegancką fasadą, jasnym szyldem oraz dobrą opinią wśród wszystkich burgerożerców. Wchodzimy dziarskim krokiem, od progu wita nas miła obsługa, łącznie z uśmiechniętą Pani Menadżer. Wielki plus!

Samotni ludzie przy sporych stolikach. Od wejścia w oczy rzuciło mi się to, że w lokalu siedzą niemal tylko ludzie w pojedynkę, może przyciągnęła ich dobra atmosfera roztaczana przez obsługę?
Nie tylko obsługa jest przyjemna - cały drewniano-ceglany wystrój jest miłą fuzją nowoczesności i tradycji.
Zamawiamy dwa burgery: z serem i bekonem, oraz "na ostro", do tego frytki. W lokalu są też dostępne cydry marki Cider Royale, chyba mojej ulubionej. Śmieszne, że cydr w moim słowniku to jabłecznik, a CR występuje w wersjach: śliwkowym, wiśniowym, bógwiejakim. Czyżby słowo straciło swój sens? Grunt, że smakuje.
Zabieramy się do esencji, czyli samych kanapek - lokal nie na darmo nazywa się Między Bułkami - pieczywo jest świetne, chrupkie i rumiane. W środku soczyste nadzienie, choć mój "ostry" burger wcale nie jest taki, na jakiego wskazuje nazwa. Pomimo tego, burgery świetne, jedne z najlepszych, jakie ostatnio miałem przyjemność jeść. Na frytki czekamy zdecydowanie za długo - niemal zdążyłem zjeść swojego burgera. Grube kawałki ziemniaków, pieczone w mundurkach, mocno przyprawione - są takie, jakie frytki powinny być.

Pomimo, że MB wpisuje się w trend burgerów o cenie zawyżonej, to od pierwszego kęsa zakochałem się w tym miejscu - w przeciwieństwie do innych miejsc, gdzie spotkaliśmy się z dobrym designem, MB dba też o nastrój i kuchnię.



 
Świetny cydr (jabłecznik), otwierany nożem.



Pięterko.

Urokliwie skręcone schody.

Ekipa przy pracy.

Są.

piątek, 8 listopada 2013

Manekin

do 20zł
 https://www.facebook.com/ManekinWarszawaFanPage

Manekin to polska sieć naleśnikarni, która narodziła się w Toruniu i skutecznie rozprzestrzeniła po większych miastach. Ja zapoznałem się z ich daniami w Poznańskiej placówce. Pomimo budzącego grozę słowa "sieciówka", Manekin prezentował bardzo wysoki poziom: wystrój, obsługa i jedzenie należały do najlepszych w swojej kategorii cenowej. Otwarta niedawno przy Marszałkowskiej, wersja warszawska mnie nie zawiodła - i nie tylko mnie, bo sprawdzona receptura zapełnia lokal po brzegi już od otwarcia.

Wystrój wnętrza zainspirował motyw manekina z logo restauracji. Brawa dla architekta wnętrz, pomysł zrealizowany po mistrzowsku: z malowideł spoglądają na nas akrobaci, nad jednym ze stolików unosi się gigantyczny melonik-lampa (Alex DeLarge??) oraz sam manekin, z obojętną miną spada na bar.
Zamawiamy dwa naleśniki na słono: meksykański na ostro dla mnie, oraz odważne połączenie:  suszone pomidory, szynka i mozzarella dla mojej towarzyszki. I tu nastąpił błąd! Zamiast swojej mieszanki wybuchowej, moja towarzyszka dostała naleśnika w wersji na słodko (uwieczniony na zdjęciu). Na szczęście, obsługa szybko wymieniła na właściwego, więc nie poczytuję tego na minus - egzamin z zarządzania kryzysem zdany.
Naleśniki są duże i suto wypełnione farszem. Ciasto ma odpowiedni smak i konsystencję, a ilość pozycji w menu usatysfakcjonuje nawet najbardziej wymagających fanów crêpe . Meksykański nawiązywał smakiem do burrita - mięso mielone z dodatkiem chilli. Moja towarzyszka też była zadowolona, jednak dodałaby do swojego jakąś zieleninę: szpinak lub rukolę.

Cieszy mnie, że powstaje coraz większa ilość lokali, gdzie dobre potrawy serwowane są w przystępnej cenie. Manekin oferuje nie tylko przyjemny, niemal karnawałowy wystrój, ale i naleśniki, które uzupełniają lukę na warszawskim rynku. Opcje "na słodko" z pewnością przyciągną tu tłumy dzieciaków.


Naleśnik pomylony.

Naleśnik meksykański.

Kiedyś spadnie.

Fiku-miku.

Alex tu był.

Coraz szybciej się ściemnia.

środa, 6 listopada 2013

Bonsai Fusion

http://www.sushibonsai.pl/
30-60zł

Ulica Grzybowska, poza hotelem i pasażem Saskim, regularnie rozkwita ciekawymi restauracjami. W ostatni weekend krok w krok chodziła za mną myśl o kuchni japońskiej, zwłaszcza o pełnym dodatków ramen. Zdecydowałem się odwiedzić Bonsai Fusion, oferujące nie tylko sushi, ale i szeroki wybór pozostałych dań z Kraju Kwitnącej Wiśni.
Wnętrze nowoczesne i eleganckie, bez przesadnej "azjatyckości", utrzymane jest w czerni i bieli. Pojedyncze akcenty miło nawiązują do kultury Dalekiego Wschodu, stoliki odgrodzone są białymi kurtynami. Niefortunnie dobry efekt wizualny psuje biała pianka, służąca na stolikach za podkładkę.
Zamawiamy na początek zupy - ja tradycyjne ramen - pełne owoców morza, moja towarzyszka wybiera sukiyaki udon (makaron pszenny) z duszoną wieprzowiną, też podany w formie zupy. Po tym zestaw grillowanego sushi - czas trochę zaszaleć. Czekamy dłuższą chwilę, w międzyczasie słyszymy gniewny głos z kuchni "nie przyjmuj zamówień telefonicznych, mamy dużo roboty na miejscu" - na sali dostrzegłem prócz nas dwie pary, przy czym ponad połowa stolików nadal pozostawała pusta. Hmm... Na zamówienie czekaliśmy zdecydowanie zbyt długo, dodatkowo para, która przybyła kilka minut po nas, otrzymała swoje dania długą chwilę przed nami.
Docierają zupy. Już na pierwszy rzut oka zachwyca ilość wkładki rybnej w ramen, oraz wieprzowej w sukiyaki. Ramen pełne wszystkich rodzajów ryb i owoców morza: łosoś, dorada, sola, krewetki i jeden, osamotniony małż. Pyszności. Sam napar zbyt neutralny - może popełniłem błąd, prosząc o wersję umiarkowanie ostrą.
Sukiyaki było bardzo nierówne. Udon - makaron a'la grube nitki, nie należał do najbardziej udanych, był zbyt mączysty i pozbawiony smaku. Za to wołowina i napar, wprost przepyszne! Idealna ostrość (choć moja towarzyszka twierdziła, że można by jeszcze podkręcić), głębokie nuty złocienia, cebuli siedmiolatki, bardzo popularnych w kuchni japońskiej.
Zestaw sushi grillowanego to nic innego jak maki - ryba otoczona lepiącym ryżem, zawinięta w algi. Różnicą jest tu obróbka termiczna samej ryby, zamiast podania jej tradycyjnie, na surowo. Kompozycje bardzo udane, a zmierzyliśmy się tu z podobnym przekrojem ryb, jak we wkładce ramen. Jeśli miałbym do czegoś się przyczepić, to do niskiej jakości wasabi (japońskiego chrzanu), które zdecydowanie mogłoby być ostrzejsze!

Jeśli macie ochotę zanurzyć sie w ciepły półmrok nowoczesnej restauracji japońskiej, Bonsai Fusion jest dobrą opcją. Można tu poczuć się intymnie, jeśli akurat nie jesteśmy w porze lunchowej, gdy dominują tu managerowie z pobliskich biur. Ceny są trochę wyższe niż w pokrewnych restauracjach, jednak rekompensuje to lokalizacja, wysoka jakość produktów i rozbudowane menu.


Yakisoba ramen z owocami morza.

Sukiyaki udon z wieprzowiną.

Zestaw sushi "gillowanego".

Detale!

Wnętrze.

Kapitalny akcent.

Wejście.

środa, 30 października 2013

Dni kaukaskie w Klukovce

http://klukovka.pl/
20-40zł

Klukovkę odwiedziliśmy i opisaliśmy już jakiś czas temu, kuchnia dawnego ZSRR szturmem zdobyła moje podniebienie. W ostatni weekend wróciłem w okolice alei Jana Pawła II, przyciągnięty dniami kuchni kaukaskiej, czyli daniami rodem z Gruzji, Armenii i Dagestanu. Nie jest to pierwsza impreza tematyczna w Klukovce: wcześniej organizowane były między innymi dni koreańskie czy wieczór rosyjskich bardów. O kuchni i nie tylko, rozmawialiśmy z 
Andrzejem Szurkiem, mózgiem i sercem restauracji.

Damian Dawid Nowak: Czwartkową atrakcją był koncert na duduku...

Andrzej Szurek: Tak, to była inauguracja naszych dni. Duduk najpopularniejszy jest w Armenii i Gruzji - instrumenty, na których grali nasi goście były wykonane przez mistrzów z Armenii. Grę na duduku spopularyzował Djivan Gasparyan, który wykonywał muzykę (między innymi) do Gladiatora. Od czwartku zaczęliśmy też serwować część dań z kuchni kaukaskiej, najpopularniejsze okazały się chikali - gruzińskie pierożki z bulionem w środku. Z kilku naszych dań z normalnej karty musieliśmy zrezygnować, żeby mieć zaplecze na nowości. Charczo cieszyło się dużą popularnością, przygotowaliśmy dolmę w liściach winogron... Te dania nie powinny być nowością na Polskim rynku, kuchnia gruzińska jest znacznie bardziej popularna niż kuchnia uzbecka, która jest dominantą w naszym "radzieckim" menu. Tanie loty wymorzyły zainteresowanie Gruzją, gruzińskie wina i piwa stają się coraz bardziej znane i pożądane.

DDN: Wina gruzińskie stają się wszechobecne.

AS: W latach 90, czy nawet na początku dwudziestego pierwszego wieku, wina gruzińskie były niedostępne, były prawdziwym rarytasem. Alkohole Świata w Warszawie oraz Restauracja Sejmowa - dwa miejsca, gdzie można było ich spróbować. Boom nastąpił na przełomie 2005/6 roku, dzięki eksplozji ekonomicznej po wojnie Rosji z Gruzją. Gwałtowny eksport wielu produktów: wód mineralnych, oranżad, napojów anyżkowych, generalnie całej kuchni sprawił, że zachód mógł się z nimi zapoznać.

DDN: Poza daniami do karty trafiły nowe alkohole.

AS: Cha cha, siedemdziesięcioprocentowy alkohol. Dość niebezpieczny, bo przyjemny w smaku: lekko słodkawy, aromatyczny, tak duża dawka alkoholu jest w nim niemalże niewyczuwalna. Bardzo smakuje, a siedemdziesiąt procent robi swoje. Piwa gruzińskie, ormiańskie, co burzy stereotyp - już nie tylko koniaki i brandy. Brandy ormiańskie pije się w kieliszku z kawałkiem cytryny. Na południu jest inna kultura picia, obowiązkowo z toastami, rozwiniętymi i tradycyjnymi. Za gospodarza, z podziękowaniami, ale też: za ojczyznę. W Gruzji jest tradycja tamada - wodzireja, wyznaczającego hierarchię, decydującego, kto wznosi toasty, kierującego rozmową. Picie z rogu wymaga odstawienia go po toaście na stół, a żeby mógł stać bez uronienia kropli, trzeba wypić do dna... Może kiedyś zorganizujemy sobie tego typu wieczór w Klukovce?

DDN: To nie jest tak dalekie od polskiej tradycji - sami często podnosimy toasty.

AS: I tak, i nie. My lubimy szybkie toasty. Tam jest cała historia, nikt nie przyspiesza momentu picia. Ma to praktyczne właściwości, pozwala zachować trzeźwość umysłu - toasty muszą być błyskotliwe, jeśli dowcipne, nie mogą być głupawe. W wykonaniu mistrzów toastów często przyjmuje to formę przypowieści. Opowiadają oni historię pozornie niezwiązaną, a morałem nawiązującą do obecnej sytuacji. Żeby to poznać, trzeba przebywać z osobami z tamtej kultury.

DDN: Jakie są plany na najbliższą przyszłość?

AS: Na koniec listopada będzie u nas kuchnia żydowska. Na terenie dawnego ZSRR wykształciły się dwie grupy etniczne, które funkcjonują tylko tam: żydzi górscy i żydzi bucharscy z Uzbekistanu. Te dwie grupy mają swoją kulturę, swoją kuchnię, a Święto Chanuka jest idealną okazją do tego, by przybliżyć tamtejsze kuchenne zwyczaje. Czeka nas też mączny projekt, ale szczegóły zdradzę w niedalekiej przyszłości. Włączymy się też do organizacji festiwalu Sputnik. Jako alternatywę dla Halloween, proponujemy słowiańskie Dziady w Klukovce.

W ramach festiwalu spróbowaliśmy osławionych chinkali - pierogów z mięsem, oraz dolmy - mięsa zawiniętego w liście winogron. Do obu pozycji podany był sos śmietanowo-koperkowy. Chinkali to kuzyn baozi oraz naszych starych, dobrych pierogów - świetne, grube ciasto, z na wpół ugotowanym, słonym farszem. Na myśl przywodzą pelmeni. Chinkali natomiast dość lekkie, nie było przesadnie mięsne, za to przywodziło na myśl domowego gołąbka. Liście winogron były delikatne i dodawały daniu oryginalnego charakteru.

Karta

Dolma

Chinkali

Andrzej Szurek

poniedziałek, 28 października 2013

Groole

 http://groole.pl/
 do 20zł

Ziemniak, złoto polskiej ziemi, przywędrował do Europy dopiero w XVI wieku, a wywodzi się z dalekich Andów. Co prawda ustępuje popularności pszenicy, ryżowi i kukurydzy, ale pozostaje w elitarnej czwórce najpopularniejszych roślin uprawnych. Nazwa "Groole" pochodzi od "grul", w gwarze podhalańskiej oznaczającego ziemniaka. Zangielszczona wersja wygląda nowocześnie, oraz budzi nadmierną wesołość u moich znajomych Anglików (podobnie, jak kiedyś pałac Bonerowski, nieszczęśliwie nazwany "Boner").

Fasada budynku jest w renowacji (ach, te Unijne dofinansowania), lokal poznajemy po tabliczce przyczepionej do rusztowania. Wchodzimy do środka i od razu podoba mi się wystrój, który nadaje miejscu luźny klimat. Ceglana ściana pociągnięta białą farbą, duże drewniane stoły z kolorowymi grafikami, wesoło rozmawiający młodzi ludzie - ziemniak wprawia w dobry humor.
Porcja to dwa ziemniaki, ja decyduję się na jednego z nadzieniem "kurczak hawajski", oraz w wersji hot-dog, czy raczej grool-dog. Moja towarzyszka nie jest pewna swoich sił, dlatego zostaje przy pojedynczym, za to nadzianym bryndzą ze szczypiorkiem.
Ziemniaki dobre, świetnie wypieczone i suto nadziane. Pełna porcja jest duża, sam mam problem ze zmieszczeniem obu - paniom polecam iść w ślady mojej towarzyszki. Najlepiej komponują się z gęstymi, śmietanowymi sosami - tak podany jest zarówno bryndzowy, jak i kurczak hawajski. Grooldog najmniej przypadł mi do gustu w tym towarzystwie, może dlatego, że nadmiar musztardy i keczupu spowszedniał, i źle mi się kojarzy. Piwko do obiadu jest tu bardzo pożądaną opcją.

Groole oferują smak, które kojarzy mi się z wizytami u wujka kowala, który mieszkał na wsi i zawsze częstował lokalnymi przysmakami. Poza nostalgią, jedzenie jest tu po prostu dobre, a przy tym niedrogie - polecam studentom i wszystkim, którzy szukają dobrego miejsca z przystępnymi cenami. Obsługa jest miła i pomocna, wnętrze nowoczesne i bezpretensjonalne.
Niech żyje ziemniak!




Bryndza ze szczypiorkiem.

Kurczak hawajski.

Grooldog.

Ziemniaczano.

Ocieplana fasada.

czwartek, 12 września 2013

Przychodnia Bar

do 20zł 
www.facebook.com/PrzychodniaBar

Myślałem, że w kwestii gastronomii widziałem już sporo. A tu zaskoczenie, i to na własnym podwórku! W Przychodni spotykamy mariaż dwóch różnych światów - restauracji, oraz placówki medycznej tchnącej PRL-em. Czy kojarzy się to smakowicie? Oczywiście, że nie. Tym większy szacunek dla pomysłodawców/właścicieli za ryzykowne posunięcie.

Koncept jest dopieszczony co do szczegółu. Odnajdziemy tam nie tylko biało-czerwone wnętrza, ale także odpowiednią tabliczkę nad każdym stolikiem. My na ten przykład jedliśmy w Dyżurce Lekarskiej, pod czujnym okiem specjalistów (jak malowanych!), obok mając przeuroczą Palarnię. Obsługujący nas sprawnie i uprzejmie Ordynator - tak głosiła plakietka na jego piersi - popełnił tylko jeden, ale znaczący błąd. Zamiast podać przystawkę wtedy, kiedy zupę mojej osoby towarzyszącej, podał ją później, z drugim daniem. No trudno, dopiero się rozkręcają, przymykam oko.

Menu wypisane kredą na ścianie, standard średnio pasujący mi do przychodni, nawet pomimo użytych słów o etymologii medycznej. Ja decyduję się na pasztet z wątróbki drobiowej na grzance oraz kaszotto z kurkami i dziugasem. Moja towarzyszka wybiera zestaw lunchowy, w skład którego wchodzi rosół i wołowina duszona w winie. Najpierw dociera rosół - esencjonalny, z dobrym makaronem, zrobiony na prawdziwej kurze - smak domowy. Jeśli stęskniony byłbym za smakami rodem "od Babci", druga część zestawu lunchowego też by mnie usatysfakcjonowała. Wołowina miękka, sos gładki - dobre, wyczuwalny bukiet wina, ale mało ciekawe, tu zabrakło mi elektrycznego szczegółu.
Przejdźmy do spóźnionego pasztetu - czekać było warto, bo na cieplutkiej grzance, z kleksem żurawiny, dostałem świetny, gorzki pasztet, o wspaniałym smaku dobrej jakościowo wątróbki. Kaszotto to nic innego jak mocno przyprawiona kasza jaglana (uwaga, dużo pietruszki) z kurkami i aromatycznym serem. Smakowo ciekawe, jednak normalnie potraktowałbym to bardziej jako dodatek do dania - świetny, ale wciąż dodatek.

Przychodnia jest miejscem ciekawym, i to nie tylko z powodu oryginalnego konceptu. Szkoda, że pomysł kończy się na wykończeniu lokalu, przydałyby się tematyczne dania, nawiązujące do panującego klimatu. Póki co mamy dobrą, rzetelną, niemal domową kuchnię w przystępnej cenie.





Rosół.
Kaszotto.

Pasztet z wątróbki drobiowej na grzance.

Wołowina duszona w winie.
Aligancko.
Przychodzi baba do lekarza, a tam restauracja.

Kroplówka po polsku.

Menu.

Bogaty bar, jak to u lekarzy.

Taki to, zachęcający szyld.

wtorek, 3 września 2013

Zapiexy Luksusowe

do 20zł
 https://www.facebook.com/zapiexyluxusowe

Wpis nietypowy: wizyta nie była planowana, a zdjęcia robione telefonem.
Ups, może nie powinienem tego wspominać - prestiż bloga przepadł i już nie wróci. Czy na swoją obronę mogę powiedzieć, że zapiekanka smartfonem fotografowana być lubi? Zapiekanka, jako danie przed, w trakcie i post imprezowe ma to do siebie, że najlepiej smakuje, gdy spożywana jest spontanicznie.

Zapiexy mają swoją siedzibę w samym Centrum, co w oczywisty sposób przekłada się na popularność lokalu. Pomimo kolejki zostaję obsłużony dość szybko, w trakcie oczekiwania podziwiam przyjemne wnętrze. Podobają mi się oblepione gazetami lady i ściany. W ofercie duży wybór składników i sosów, wszystko można zobaczyć przez szybkę - łącznie z procesem tworzenia zapiekanki. Wybieram opcję z kiełbasą, ogórkiem kiszonym i pomidorami. Poza wyżej wymienionym składnikami, w standardzie są pieczarki i ser, sosy stoją na stoliczku - można przyprawić i doprawić do wyboru, do koloru. Pierwszy gryz i bardzo pozytywne zaskoczenie, inaczej niż zwykle w tego typu miejscach, jakość składników jest wysoka, są świeże i smaczne. Domowa zapiekanka na kruchym, świetnie wypieczonym pieczywie.

Zapiexy są warszawskim wyzwaniem rzuconym krakowskim zapiekankom na Kazimierzu. Co prawda, do obroścnięcia w legendę potrzeba znaaacznie więcej czasu, ale niech krakusy wiedzą, że warszawiacy nie gęsi, iż swoje zapiekanki mają!


Zapiekanka wiejska.




wtorek, 27 sierpnia 2013

Cheeseburger

www.facebook.com/CheeseburgerSlowFood
do 20zł

Déjà vu?

Nie, to kolejna burgerownia otwarta w lokalu przy ulicy Przeskok. Dawniej znajdował się tu Barn Burger, teraz jego miejsce zajął Cheeseburger, wyróżniający się na tle swojej barowej braci możliwością wyboru wkładki serowej. Jako niezmordowany burgerożerca, musiałem dokonać degustacji.

Wystrój nie uległ zmianie od czasów Barn'a. Prosto, barowo, kuchnia jest lepiej wentylowana niż dawniej, dzięki czemu nie jedzie przysłowiowym garem (tu raczej grillem). Zamawiamy burgery, ja decyduję się na specjalność dnia w oryginalnej wersji z gruszką, moja towarzyszka wybrała złoty standard w postaci Bacon Cheesburgera. Podczas wybierania przysmaków, bardzo pewny siebie kucharz udzielił nam krótkiego wykładu na temat serów - do wyboru są tu: cheddar, mimolette, ementaler i rokfor. Plus za wybór, jednak jeśli miałbym słuchać tego za każdym razem, gdy przyjdę po obiad, może mi się skończyć pora lunchu.
Na pierwszy rzut oka spodobał mi się rozmiar burgerów, ale... nie ma frytek! Zwykle w tej cenie dostawaliśmy komplet. Brak ziemniaków rekompensują dwa bardzo przyzwoite sosy, podane tak, jak powinny być podane - w osobnych pojemnikach. Pierwszy gryz - za dużo bułki. Miałem wrażenie, że nadzienie jest przytłoczone ilością chleba. Mięso dobre, soczyste, choć mogłoby być mocniej przyprawione. Pomimo prośby o średnie wysmażenie, było raczej po mocno wysmażonej stronie mocy. Ser świetnie komponował się z mięsem, zwłaszcza w Bacon Cheesburgerze; wersja z gruszką była ciekawa, ale nie trafiłaby do mojego kanonu burgerowego.

Cheeseburger jest miejscem o świetnym pomyśle - zróżnicowanie serów dodaje męczonemu na wszystkie strony tematowi burgerów świeżych rumieńców. Niestety, po wizycie mam wrażenie, że to po prostu "kolejna burgerownia", nic mnie tu nie zachwyciło.
Cheeseburger


Bez podglądania!

Stoliki nie zmieniły się od ostatniej wizyty.

Ściemniło się.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Przepis

20-40zł
www.facebook.com/przepis.gastrocaffe

Na uliczce znanej mi z tego, że istnieje tu świetny, choć wyglądem przyprowadzający na myśl głęboki PRL, fryzjer męski, otworzyło się nowe, klimatyczne miejsce. Codziennie nowe menu, ogłaszane na tablicy facebookowej i ściennej-kredowej, zawsze jest dla mnie sygnałem, że kuchnia może być warta uwagi. Nie pomyliłem się.

Wnętrze miksowane, trochę tego, trochę tamtego, ale wszystko gra. Spodobał mi się strop drewniany, ostatnio taki widziałem chyba w restauracji Adamczyka. Przepis jest fuzją kawiarni i restauracji, dlatego poza osobami obiadującymi, możemy spotkać pracusiów z laptopami - spokój miejsca temu sprzyja. Całość okraszona niemal domową atmosferą, pod czujnym okiem właścicielek.

Na początek, dobra zupa. Ja wybrałem chłodnik arbuzowy, i od razu muszę pochwalić - jeden z najlepszych, jakie jadłem! Jasny, rześki smak, rzadka konsystencja, świetne, letnie danie! Na wierzchu liść mięty, po prostu zachwyt. Dziewczyny wybrały zupę szczawiową, za którą osobiście nie szaleję, ale im podeszła, co jak twierdzą "nie jest częstym przypadkiem".
Na drugie jednomyślnie wybraliśmy szaszłyk z kurczaka, podany z sałatą i kaszą. Kasza i kurczak to dobre połączenie, na szaszłyku znalazły się też papryka, ananas i cukinia, wszystko polane słodkawym sosem. W sosie pływała też sałata, co dla odmiany nie było najlepszym posunięciem.

Kuchnia dobra, choć troszeczkę chaotyczna. Warto obserwować, czaić się na fejsbuku na wyjątkowe dania - intuicja mi podpowiada, że tu takich doświadczymy. Dodatkowym plusem jest lokalizacja, która pozwala nam, pomimo bliskości Placu, na odpoczynek w niemal kompletnej ciszy. 


Moje drobne rączki rwą się do chłodnika arbuzowego.
Zupa szczawiowa.

Szaszłyk z kurczaka.

Mada i Marlenka dziubią.