Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mokotów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mokotów. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 października 2013

Thienly

https://www.facebook.com/pages/Indyk-Mas%C5%82o-Czosnek/359303837471587
do 20zł

Są miejsca popularne bo bywają tam celebryci, bo hipsteriada wydaje ciężko przez rodziców zarobione pieniążki na quiche (które tak naprawdę im nie smakuje), bo nagle serwowane przez lokal danie staje się modne. Są też miejsca o niegasnącej popularności, którą napędza dobra jakość w stosunku do niskiej ceny. Jednym z przykładów, a może właśnie najlepszym przykładem jest Thienly, azjatyckie serce, którego rytm wybija nieskończona rzesza studentów, przetaczających się tu każdego dnia.

Wybierając się w to miejsce usłyszałem hasło: indyk masło-czosnek. Tak też nazywa się funpage restauracji na facebook'u, a to już o czymś świadczy. Zamówienie proste i standardowe: sajgonki i główna atrakcja, czyli osławiony indyk. Stoję w PRL-owskiej kolejce, stoły są rozchwytywanym rarytasem - pomimo sporej powierzchni lokalu. Wystrój zachwyca tandetą, jest tu po trochu wszystkiego: wejście a'la pagoda, olejny pejzażyk na ścianie, chińskie lampiony oraz... sufit pokryty bluszczem, ze zwisającymi gdzieniegdzie kiściami winogron. Hmm...
Obsługa wykrzykuje moje zamówienie, odbieram, siadam. Sajgonki lekko ponad przeciętną, nie smakują tłuszczem, a nawet są mięsno-zjadliwe. Natomiast indyk był zdecydowanie satysfakcjonujący - cienko rozbity filet w panierce, posypany orzeszkami, zanurzony w sosie czosnkowo-maślanym. Dobre połączenie, jedyne co mnie odrzucało to fatalnej jakości ryż. Nie wiem czy to wina produktu, czy sposobu ugotowania, ale jego konsystencja była nieprzyjemna: lepka i sucha zarazem.

Gdzie indziej zjemy spore, dobre danie za dwanaście złotych? Thienly stanowi mocną konkurencję dla wszystkich kebabów i im podobnych fast foodów. Nie oczekujcie po tym barze wielkich doznań estetycznych; za to smakowe należą do najlepszych w swojej kategorii.

Gwiazda: indyk masło-czosnek.

Sajgonki.

Dziki bluszcz z winogronami na suficie.

Elegancki element wystroju, tuż nad głowami klientów - kaloryfer.

Mała pagoda.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

A Nóż

W ostatni weekend, wczesnym wieczorem (koło 21), znalazłem się z rodziną na Mokotowie. Spacerując od lodziarni przy Morskim Oku w kierunku Różanej, napotkaliśmy parę restauracji, z czego większość witała nas smutnymi minami i hasłem "kuchnia zamknięta". Na odsiecz przybył "A Nóż", niedawno otwarta (marzec 2013), restauracja z kuchnią międzynarodową.

Lokal o bardzo miłym dla oka wnętrzu, z charakterystyczną, geometryczną aranżacją jasnego drewna. Niestety, ze względu na spontaniczny charakter wyjścia, nie miałem przy sobie aparatu - dziś wystarczyć muszą zdjęcia z komórki, oraz moje słowo. Pierwsze spojrzenie w kartę, i już mnie mają - prosecco z kija! Dalej: burgery, pizze, steki, makarony, sałaty... Dość szeroki przekrój, a wiadomo, że im więcej pozycji, tym większe ryzyko produktów "drugiej świeżości". Próbujemy.

Na początek pizze. Vesuvio, czyli standard z szynką i pieczarkami, oraz Rucola, z (ku zaskoczeniu wszystkich) rucolą, szynką parmeńską, suszonym pomidorem oraz balsamico. Ciasto pizzy bardzo dobre - cienkie i kruche, dobre proporcje składników sprawiają, że ciasto nie opada. Niestety Rucola, pomimo dobrej jakości składników, była zbyt gęsto polana balsamico - całkowicie zdominował smak pizzy. 
Żeby tradycji stało się zadość, spróbować musiałem też burgerów - padło na bardzo ciekawie brzmiącego Plum. Śliwka, boczek, czerwona cebula, boczek, świetne zestawienie. O rozczarowującej, taniej bułce zapomniałem, gdy tylko spróbowałem mięsa - tak powinien smakować burger! Śliwka bardzo dobrze uzupełnia smak, tworząc słodko-słoną kombinację.
Na deser blok czekoladowy, podany z musem malinowym oraz białym kremem. Bardzo ambiwalentne uczucia - mus przepyszny, świeżutki, blok za słodki, krem nijaki. Po całości 3, siadaj. 

Jakiś czas temu pisałem o "miejscu hipsterskim". A Nóż wpisuje się w ten trend, biorąc z niego to co dobre, tworząc spójną wizję lokalu z ładnym wnętrzem i sprawną obsługą. Najgorszym mankamentem jest toaleta - blaszane ściany, wiaderko-umywalka, nagie rury... "you never go full hipster". Kuchnia dobra, z pewnością powrócę by spojrzeć, co znajduje się pod ostrzem noża.



Pizza Rucola

Pizza Vesuvio
Plum Burger
Blok czekoladowy

piątek, 10 maja 2013

Stary Dom

30-60zł
Stary Dom, jak sama nazwa wskazuje, wprowadza nas w klimat tradycyjnej kuchni polskiej. Dopieszczone, drewniane wnętrze, wypolerowane stoły, obsługa na najwyższym poziomie świadczą o klasie lokalu. Dobry klimat gwarantuje starannie dobrana muzyka, oraz pensjonarski wystrój. A jak jest z najważniejszym - jedzeniem?

Na początek miłe czekadełko, w postaci chleba, ogórków małosolnych i pasty czosnkowej. Bardziej tradycyjnie byłoby ze smalczykiem, ale nie jest to zły początek. Na przystawkę wybraliśmy łososia w miodzie. Ciekawe, odważne połączenie, suto przyprawione grubo mielonym pieprzem. Bardziej ciekawostka kulinarna, niż coś, czym raczyłbym się regularnie.
Na główne danie wybrałem bitki wołowe z kaszą gryczaną i ogórkiem kiszonym, do tego warzywa gotowane na parze. Wołowina bardzo tradycyjna, krucha w płynnym sosie własnym.
Moja towarzyszka wybrała schabowego, o naprawdę przyjemnych rozmiarach, do tego wielką misę mizerii oraz smażone ziemniaki. 
Wrażenia? Poprawnie, domowo, po polsku. Porcje są duże, co zachęci miłośników długiej biesiady. Jednak brakowało nam w tych daniach pomysłu, sposobu na uatrakcyjnienie kuchni. Post factum usłyszałem, że "do Adamczyka idzie się na tatar, i na deser". Mea culpa, choć pewien czas temu pisaliśmy o cukierni.

Dodatkowym minusem, jest wliczanie 15% opłaty za obsługę. Rozumiem to w przypadku imprez grupowych, jednach dla dwóch osób lekko mija się to z celem. Cóż, tak ładne wnetrze generuje koszty. Wizyta skończyła się przejedzeniem i lekkim brakiem satysfakcji. Niby dobrze, ale pozostaje wrażenie, że u Babci lepiej.


Imponujące drzwi.


Czekadełko.

Łosoś w miodzie.

Od lewej: zieminaki, Sylwia, mizeria, schabowy.

Zbliżenie na schabowego.

Bitki wołowe z kaszą i ogórkiem.

Warzywa na parze.


niedziela, 5 maja 2013

Malinova

8zł za 100ml
http://www.kames.pl/

Na koniec długiego weekendu, słońce zaskoczyło nas wręcz letnią temperaturą. Korzystając z tego, wybraliśmy się na bliski Mokotów, żeby spróbować legendarnych już lodów w Malinova. 

Widok długiego ogonka przed wejściem do lodziarni nas nie zaskoczył - w taki dzień, grzechem byłoby siedzieć w domu (chyba, że po to, żeby czytać naszego bloga ;) ). Wszyscy z niecierpliwieniem przestępują z nogi na nogę, z zazdrością spoglądając na ludzi już obdarowanych zimną pysznością. 

Wybór nie jest szeroki, ale wszystkie smaki wydają się bardzo dopracowane. Czarna porzeczka, była hitem! Smakowała prawdziwym owocem, przy dobrej konsystencji, zwłaszcza jak na sorbet. Orzechowe i czekoladowe były gęstsze i bardziej mleczne niż w innych lokalach. Dużą popularnością cieszył się sorbet cytrynowy, o bardzo orzeźwiającym aromacie. Polecam nie tylko ze względu na wyrazisty smak, ale na spore porcje, nakładane "łopatą". Moja towarzyszka zaryzykowała stwierdzenie, że smakuje jej tu nawet bardziej, niż w Haagen Dazs. Jest też możliwość zabrania lodów do domu, w cenie 30zł za pół litra.


Jeśli przebrniecie przez kolejkę, czeka Was wspaniała lodowa uczta, polecamy!

Tłumy!

Moja zbilansowana dieta: po rożku na rękę!

piątek, 26 kwietnia 2013

Wywiad: Co To To Je

Jakiś czas temu, skuszeni robaczywym menu, zawitaliśmy do CoToToJe. Dziś, zamiast oceniać, przeprowadziliśmy rozmowę z menadżer miejsca, panią Ewą Sikorską.

Good Place Warsaw: Słyszeliśmy, że owady są bardzo zdrowe, czemu?
 Ewa Sikorska: Owady mają w sobie masę białka, około 20-26% masy, w zależności od odmiany. Do tego 60% wody, popiół, minerały, chityna... Oczywiście, muszą to być owady hodowlane, bez pasożytów i innych nieczystości. Naszym dostawcą jest Fabryka Owadów. 

GPW: Owady elementem diety niskokalorycznej?
ES: Są wysokokaloryczne, ale pozbawione zbędnych tłuszczów. Dotychczas stosowaliśmy owady jako dodatki do dań głównych, jednak w tym momencie, planujemy dania w całości przygotowane z owadów, np hamburger ze świerszczy. Trochę czasu zajmuje przyzwyczajenie ludzi do myślenia, że to jest smaczne, że tak wygląda, że można to jeść. Do szaszłyków, gdzie wyraźnie widoczne są owady dodajemy sos - łatwiej jest się przełamać i skupić na smaku.

GPW: Czy w planach są też dania z żywymi owadami?
ES: Mamy jedno danie z żywymi owadami. Jest to camembert z larwami mącznika, podawany w różnym stopniu wysmażenia. Larwy budzą się pod wpływem ciepła. Mamy duży popyt na to danie.

GPW: Wróćmy do początku - skąd pomysł na lokal?
ES: W całej Europie powstają tego typu miejsca. Sama znam trzy miejsca w Niemczech, więcej w Danii, Anglii, na Węgrzech. Uważam, że to forma zapobiegawcza, powstaje alternatywa dla mięsa. Owady były jedzone w Azjii, Afryce, nawet w Ameryce Południowej. Za czterdzieści lat, może być problem z pozyskiwaniem klasycznych mięs. W takim przypadku, owady są dobrą opcją zastępczą.

GPW: Jak jest z popularnością lokalu?
ES: Ludzie przychodzą spróbować, choć mamy już kilku stałych klientów. Między czwartkiem a niedzielą jest zwykle największy ruch.

GPW: Czy w karcie są propozycje dla ludzi, którzy nie dadzą namówić się "na owada"?
ES: Zarówno w daniach, jak i w deserach mamy pozycje, w których owady występują jako dodatek. W takim przypadku osoba niechętna, może oddać swoją porcję głodnemu koledze.

GPW: Czy ktoś kiedyś zwrócił danie, nie smakowało mu?
ES: Nie, chociaż często ludzie mają opory przed spróbowaniem. Sama tak miałam, więc rozumiem.



Od razu widać, co się święci.

Szaszłyk z jedwabnikiem, drewnojadem i szarańczą.

Maki z kaszą i owadami.

Chrupkie owady.

Pierożki z owadami.

Banan w cieście z mąki, ze świerszczami.

Bar i sympatyczna obsługa.

wtorek, 9 kwietnia 2013

Mamma Marietta

Czasem opinia, która wyprzedza lokal jest sztucznie nakręcona, opinie są wydane na podstawie pierwszych dni funkcjonowania restauracji, lub napisane przez specjalnie zaproszonych recenzentów. A czasami jest tak, jak w przypadku Marietty - opinia jest w pełni zasłużona, ba, wręcz ma się ochotę piać kolejne peany!

Mały lokalik znajduje się naprzeciw Szpitala MSWiA. Pisząc mały, mam na myśli pięć dwu-czteroosobowych, ciasno ustawionych stolików. Dlatego, zanim się zdecydujemy na podróż w kierunku bliskiego Mokotowa, polecam zarezerwować miejsce. Wnętrze przytulne, o estetycznym, prostym wystroju, z czarno-białymi zdjęciami na ścianach. Bardzo domowa, miła atmosfera ze sprawną obsługą, jednak jak na mój gust, stoliki są zbyt blisko siebie.

Na pierwszy ogień poszła zupa rybna. Wspaniała! Intensywny wywar, w którym czuć nie tylko ryby i owoce morza, ale i pomidory. Przyozdobiona soczystymi krewetkami, ostrygami i mulami, stanowiła bardzo sute interludium dla dalszego obiadu. Moja towarzyszka zdecydowała się na pizzę Parma, z prosciutto, rukolą i płatkami parmezanu. Świetne, cienkie ciasto, oraz doskonały, pomidorowy sos, który w erze sosów z puszki, tchnął orzeźwiającą świeżością. Sam spróbowałem Gnocchi e Marietta, kluseczki z krewetkami, cukinią i sosem ze świeżych pomidorów. O ile krewetek było dość mało, tak smak był bardzo delikatny i idealnie skomponowany.

Domowa kuchnia włoska? Mamma Marietta to świetne miejsce by jej spróbować, do tego można zawsze spytać o pozycje spoza karty. Miejsce na pewno trafi na moją listę lokali, które trzeba odwiedzić.

 Ceny: 30-60zł

Wejście.
Zupa rybna.
Luiza próbuje pizzy.

Gnocchi e Marietta.



niedziela, 30 września 2012

Stary dom


Cukiernia, kawiarnia, ul Puławska 104/106
Pozostając w tematyce cukierniczej odwiedziłam cukiernię Stary dom.  Ta nieco oddalona od centrum, bo położona przy ul. Puławskiej 104 cukiernia zaskoczyła mnie ciepłą i miłą atmosferą. Ostatnio staram się wynajdywać na mapie Warszawy miejsca nieco nieoczywiste, perełki. Stary dom zapewne do nich należy.
To miejsce to przede wszystkim ciepły i uroczy klimat. Miejsce jest niewielkie, utrzymane w starym stylu z uroczymi stolikami, lampami, kanapami, poduchami czy wazonikami - bez wątpienia całość utrzymana jest w jednakowym, bardzo spójnym i przemyślanym stylu. Część ścian (co widać na zdjęciu) wypełniona jest butelkami z winem. Całość ma nieco staroświecki, piękny charakter.
 Niewielka cukiernio-kawiarnia oferuje wyśmienite ciasta, torty oraz owocowe koktajle. Odniosłam wrażenie, że specjałem tego miejsca są bezowe torty. Ja spróbowałam, choć trudno to nazwać próbowaniem – kawałki są naprawdę spore, tortu z kremem pistacjowym. Był wprost wyborny – delikatny, kremowy, jak sądzę na bazie śmietany, mascarpone, odrobiny alkoholu z kawałkami chrupiących pistacji. Wybór tego typu produktów jest bardzo duży, a smaki niebanalne, dostępne są tez w wersji z kremem o smaku żurawinowym, waniliowym, kawowym, gruszkowym, czekoladowo-truskawkowym i migdałowym. W menu są również inne bardzo apetycznie wyglądające torty – tiramisu, wiśniowy, sezamowo-chałwowy, orzechowy z Baleysem, truflowy i makowy oraz ciasta – szarlotka, francuskie ze śliwką, serniki bądź strudle.
Jeśli  mamy ochotę coś zjeść, możemy spróbować bardzo! dobrej sałatki z tuńczykiem, z kozim serem bądź mieszanej lub  naleśników – z jabłkiem, warzywami bądź szpinakiem.
Mimo tak ślicznego wystroju i wysokiej jakości produktów miejsce to nie ma bardzo wysokich cen, przykładowo za kawy zapłacimy między 7 a 11 zł, sałatki ok. 15 zł, a torty ok. 14 zł. Tuż obok znajduje się restauracja należąca do tego samego właściciela (a jest nim sam Piotr Adamczyk) o tej samej nazwie, jeśli wybieracie się na kawę, czy ciasto lepiej zatrzymać się w cukierni, gdyż tu te same słodkie produkty są nieco tańsze. Miejsce bez wątpienia zaskakuje, jeśli chodzi o ciasta może spokojnie konkurować z opisywaną niedawno Sową (http://goodplacewarsaw.blogspot.com/2012/09/cukiernia-sowa.html), jednakże klimat i urok tego miejsca stawia je znacznie, znacznie! wyżej.


Tort bezowy z kremem pistacjowym

Americano

Wnętrze

 
Sataka z tuńczykiem


Wejście

 BBP

niedziela, 5 sierpnia 2012

Burger Bar

Burger Bar, ul. Puławska 74/80
Beata: Dziś o burgerach. W tej kwestii niemal całkowicie oddaję głos Damianowi – absolutnemu fanowi wołowiny. Sama za tym gatunkiem mięsa nie przepadam, a Burger Bar odwiedziłam raczej dla towarzystwa. Teoretycznie w tym miejscu na co dzień dostępna jest też niewołowinowa wersja hamburgera - z wieprzowiną. Tego dnia jednak alternatywa ta nie wchodziła w grę i jedyną opcją dla mnie były krewetki.

Damian: Burger Bar umiejscowiony jest przy ul.  Puławskiej 74/80. Lokalizacja tego baru jest zarówno jego plusem, jak i wielkim minusem. Zaletą, jest dostępność dla wszystkich pracujących na bliskim Mokotowie oraz prosty dojazd komunikacją miejską (tramwaj zatrzymujący się dosłownie obok baru). Wadą jest pobliski skup złomu, przez co siedzenie w ogródku skutecznie uprzykrzają lokalni „byznesmeni”.
B: Oboje z Damianem mamy dość mieszane uczucia, co do tego baru. Tym bardziej, że tuż przed wyborem burgerowi, naczytaliśmy się niezwykle entuzjastycznych opisów tego miejsca. Tymczasem...
D: Gdybym miał ocenić samego burgera - jestem wniebowzięty. 100% wołowiny, doskonałe przyprawy, świeża bułeczka i soczyste nadzienie. To wszystko sprawiło, że moje kubki smakowe miały ochotę kupić pierścionek z brylantem i nawet nie prosić rodziców o błogosławieństwo.
B: Moje krewetki, były smaczne, choć dopiero co rozmrożone nie zdążyły przejść smakiem. Nieco dziwne było ich zestawienie z nachosami i niesfornie naciapanym sosem pomidorowym.
D: Tak, mój burger także dotarł z nachosami. Rozumiałbym to w przypadku meksykańskiej wersji tego dania, jednak jak widać był to standardowy dodatek do wszystkich dań. Wtf? Chyba nie powiecie, że to tańsze od frytek? Ponadto burger nie broni się sposobem podania – w plastykowym koszyczku.
B: Co zniechęciło mnie do ów burgera to również fakt, iż nie dodano do niego sztućców, a był stanowczo zbyt duży, by jeść go bez ich użycia (ja bez wątpienia nie poradziłabym sobie z tym zadaniem). Ponadto wypływała z niego duża ilość sosu.
D: Sam lokal jest brzydki. Szare wnętrze pasuje bardziej na magazyn niż restaurację. Druga kwestia - cena. Jak na tego typu miejsce, nie powinna być wygórowana. Otóż za mojego podwójnego burgera zapłaciłem 35zł. Rozumiem, że wołowina jest droga, a dobre przyprawy też potrafią kosztować, jednak ze względu na całokształt, muszę policzyć to na minus.
B: Owszem, ceny są mocno wygórowane. Koszt krewetek to 3,5 zł za sztukę. Tego samego dnia na kolację samodzielnie usmażyliśmy te owoce morza, których to cała patelnia kosztowała dwadzieścia parę złotych.
 D:  Restauracja ratowałaby się dojazdami – pyszny burger w domowym zaciszu, mmm.... Niestety, tego nie doświadczymy.