Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Saska Kępa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Saska Kępa. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 grudnia 2013

Wootwornia

Wootwornię znaliśmy już na długo przed otwarciem stacjonarnego lokalu – ich słoiki, zwłaszcza arbuz w wódce, wspominam niemal z rozrzewnieniem. Szeroka oferta wyśmienitych przetworów (arbuz w wódce!) zapewniała im wielkie zainteresowanie na wszystkich targach i innych imprezach okolicznościowych. Czas targów minął, dziecko dorosło i założyło własny dom – w Szarej Cegle, na ulicy Królowej Aldony, w lokalizacji którą możecie pamiętać z letnich targów i szkoleń.

Jak z jedzeniem? Zęby ostrzyliśmy sobie na oryginalnie wyglądający zestaw lunchowy, jednak dotarliśmy troszku za późno. Nic straconego! Na tablicy wypisane są liczne pozycje, które brzmią dobrze, ale brakuje w nich wspólnego mianownika - wszystko wydaje się zaczerpnięte z innej parafii. Zrobić taką kuchnię to wyzwanie, zrobić taką kuchnię dobrze – jeszcze większe. Wystrój, pomimo dość małego metrażu, bardzo do nas trafił, głównie przez kreatywne wykorzystanie skrzynek, z których zbudowano szafki barowe. Szkoda, że z samymi potrawami nie było tak dobrze. Decydujemy się na wariacje na temat ukochanej Azji: tatar z łososia z dodatkiem wasabi oraz smażony makaron. Podczas zamawiania spytano mnie o wersję ostro-nieostro. „Ostro!” powiedziałem pewnym głosem. Może za ostro? Ryba wędzona, który jak zgaduję była jeszcze dosolona, nie nosiła na sobie znamienia wasabi: ani smaku, ani charakterystycznego zapachu i koloru. Makaron był spolonizowaną wariacją na temat pad thaia. Sos ostry, tym razem realnie azjatycki, zabijał smak dodatków w postaci cukinii, pieczarek i kolendry. Brakowało tu odwagi by pójść konkretnie w stronę Azji lub Polski.

O ile przetwory wyznaczały standard i chętnie jeszcze po nie tu wpadnę, tak dania okazała się rozczarowaniem. Różne źródła zachwalają zmienność karty, i może w tym siła lokalu - jeśli nadejdzie okazja do kolejnej wizyty, spróbuję spojrzeć pod innym kątem. Póki co, zostaję przy słoikach.

Bar.

Lampki zapewniają dramatyczne oświetlenie.

Dobry design.

Tatar z łososia.

Makaron.

O! Te skrzyneczki!

poniedziałek, 21 października 2013

Wurst Kiosk

https://www.facebook.com/WurstKiosk
do 20zł

Kiełbasą Niemcy stoją, jednym ze smaków wywołujących nostalgię jest najbardziej typowy przysmak germańskich ulic - currywurst. Przypomina mi o czasach, gdy za chlebem wyniosłem się w okolice Dusseldorfu, a kiełbasiana przekąska poza stancją była odświętną radością. Na przejażdżkę emocjonalnym rollercoasterem nastawiłem się w drodze do Wurst Kiosku. Jednak takich atrakcji się nie spodziewałem...

Okienko wygląda bardzo przyjaźnie, jest zadbane i dobrze rozplanowane - są patyczki do jedzenia kiełbasek, ulotki i chusteczki. Oferta jasno wypisana na szybie: kilka rodzajów kiełbasek, oraz belgijskie frytki. Brzmi dobrze, decyduje się na currywursta, moja towarzyszka chce knackera oraz frytki. Ku mojemu rozczarowaniu: knackera brak, frytki mają być w nieokreślonej, dalszej przyszłości. Czas to pieniądz, a że już jesień za pasem, rezygnujemy z czekania na zimnie i zamawiamy dwie porcje currywursta. Podany sensownie: w głębokiej kartonowej tacce, pokrojony, wydziela przyjemny zapach. Do tego gratisowa bułka. Wcinamy.
Pierwsze rozczarowanie - sucha bułka. Drugie rozczarowanie - kiełbaska, która z kiełbasą ma niewiele wspólnego, smakiem bardziej przypomina parówkę drobiową, do tego drugiej jakości. Gdzie pełny, prawdziwie mięsny smak prawdziwych wurstów! Sos i curry się bronią, ale to zdecydowanie za mało by rościć sobie prawa do bycia autentycznym, niemieckim przysmakiem.

Na okienku zaskakuje naklejka "Polecamy Street Food Polska". Albo miałem wyjątkowego pecha, albo miejsce... jest po prostu złe. Koncept łącznie z logiem, na którym widnieją barwy flagi Niemieckiej jest świetny - teraz czas na pasującą, dobrą kuchnię. Póki co, radzę omijać.

Nie zasłużyli na ostre zdjęcie!

Z bliska.

I z daleka.

czwartek, 17 października 2013

Naam Thai

20-40zł
https://www.facebook.com/naamthairestaurant

Tuż pod moim nosem otwarto nową restaurację tajską. Na początku pomyślałem, że lokalizacja nie wyjdzie im na dobre - parter szarego bloku, do tego niewidoczny z pobliskiej Trasy Łazienkowskiej. Jak się miało okazać, lokalizacja nie jest tak dużym minusem - nie w obliczu świetnej kuchni. Już nie tylko Santorini Kręglickich przyciąga amatorów dobrej kuchni w sąsiedztwo ulicy Saskiej.
Miałem przyjemność rozmawiać z szefową kuchni Chanunkan Duangkumma (wcześniej pracującą w Sunancie) oraz menadżerem lokalu.

Damian Dawid Nowak: Oryginalna kuchnia tajska, czy wizja szefowej kuchni?

Naam Thai: Mamy tu do czynienia z połączeniami. Kuchnia tajska ma około trzystu sześćdziesięciu dań tradycyjnych, dodajmy do tego, że każda rodzina ma swój sposób na przygotowanie konkretnych dań, a powstaje niemożliwa ilość kombinacji. Szefowa pracuje w kuchni od kiedy miała pięć lat: łączyła pracę w kuchni w restauracji swojego wujka w Tajlandii z nauką. Ogromne doświadczenie i dążenie do perfekcji w każdym daniu jest jej domeną. Wszystko co gotujemy, jest jej pomysłem: sama próbuje, sama przyprawia, a jeśli pojawiają się jakieś uwagi, sama rozmawia z klientami.

DDN: Czy kuchnia tajska jest popularna?

NT: Kuchnia tajska od dłuższego czasu cieszy się popularnością, ludzie szukali jej w Warszawie już od pewnego czasu. W wielu restauracjach odnajdujemy kuchnię pseudotajską, która nie jest autentyczna - nasi kucharze sami są Tajami, albo bezpośrednio się od nich uczyli. Istotna jest ręka, istotne jest obcowanie z kulturą - najważniejszą częścią dnia w Tajlandii jest wspólny posiłek, nikt tam nie je sam. Zawsze pośrodku stołu lub podłogi jest pełno jedzenia; gotujemy na talerzu, doprawiamy, mieszamy smaki. Dobrym przykładem jest nasza zupa z kaczki, którą podajemy wraz z przyprawami - każdy może sobie doprawić tak, jak lubi.

DDN: Czy klienci znają kuchnie tajską, szukają konkretnych dań?

NT: Jest kilka poziomów: ludzie, którzy znają się na tajskiej kuchni bardzo dobrze - ci nas testują. Znajdują się mniej więcej zorientowani, którzy wciąż szukają nowości. Pozostali nie mają pojęcia - tym z chęcią doradzamy i pomagamy znaleźć coś dla siebie. Weekendy są mocno obciążone, jeśli czytelnicy chcą się do nas wybrać na niedzielny obiad, sugeruję wcześniej dokonać rezerwacji.

DDN: Jakie plany na przyszłość ?

NT: Codziennie staramy się dodać coś nowego - przynajmniej trzy pozycje na tablicy są zmieniane, każdego dnia szefowa umieszcza nowy deser. Główną kartę chcemy zmieniać co trzy miesiące, dopasowując do pory roku.

DDN: Czy szefowa ma swoje ulubione danie?

NT (Chanunkan Duangkumma): Wszystkie! Nie chcę brzmieć jakbym była zuchwała, ale wszystko co tu podajemy jest naprawdę dobre. Inaczej nie trafiłoby do menu.
Kuchnia tajska ma pięć smaków: słodki z cukru palmowego, słony z sosu rybnego, kwaśny z cytryny, ostry z chilli oraz gorzki z ziół. Każde danie ma swój, unikatowy charakter. Dlatego też muszę przypomnieć, że to nie jest kuchnia wietnamska czy chińska - na danie trzeba poczekać, nie podaję czegoś, co w moim odczuciu nie jest doskonałe.

Spróbowaliśmy wcześniej wspomnianej zupy z kaczki, które rzeczywiście nabiera rumieńców pod wpływem podanych do niej przypraw: ostrej papryki i słodkiego sosu chilli. Szczerze, jest to jedna z lepiej podanych kaczek, z jakimi miałem ostatnio styczność - delikatne mięso w mocnym naparze, przesiąknięte intensywnymi przyprawami. Sałatka z karkówką na ostro, którą wybrałem jako danie główne, była w charakterystyczny sposób pikantna, a zachwyciła mnie fakturą dodatku - prażonego ryżu. Niemal pomyliłem go z orzechami! Całość w sosie z chilli i limonki, zadowoli wszystkich fanów tajskiej zieleniny.
Na deser słodka klasyka - sticky rice, tu w wersji "czarnej", z sorbetem mango. Jako całość jest bardzo słodkie oraz bardzo satysfakcjonujące, jest to udana wariacja na dobrze znany temat.


Bar.

Szefowa kuchni.

Zupa z kaczki.


Sałatka z karkówką na ostro.

Sticky rice.

Tajska czerwona herbata.

sobota, 5 października 2013

Wspomnienie lata: Kwiatkarnia

do 20zł
www.facebook.com/pages/KWIATKARNIA/113446005346869

Dziś, pod wpływem wyjątkowo dobrej, jak na październik pogody, piszę letniego posta, który latem nie powstał. Czemu?
Bo wizyta nie była do końca zorganizowana, nie miałem przy sobie aparatu, a jedyne co zjadłem, to osławiona beza. Za to miejsce, do którego oczywiście zaplanowałem szybki powrót celem zrobienia "porządnego" posta, było całkowicie wyjątkowe.

Kwiatkarnia - bo to o niej mowa - znajduje się w ogródku prywatnego domu przy Zakopiańskiej na Saskiej Kępie, jednej z ulic równoległych do osławionej Francuskiej. Lekko na uboczu, nazwę swoją wzięła od kwiaciarni, która kiedyś tu była: nadal można kupić kwiatki, cały teren otacza piękna flora.
Pierwsze, co zachwyca, to absolutny spokój tego miejsca - nie ma tu osób przypadkowych, pomiędzy gośćmi panuje porozumienie, znajomość wspólnego sekretu. Przemiła obsługa pomaga w wyborze, są dwie opcje lunchowe plus parę stałych pozycji. Mój zaufany informator przekazał, że warto wybrać się na tort bezowy, który zniknąć potrafi już we wczesnych godzinach porannych. Na szczęście, udało mi się go dostać i troszkę później, za co dziękuje opatrzności - był wyśmienity! Beza naszpikowana owocami leśnymi, słodka, ale nie do przesady, o idealnie kruchej konsystencji. Smak, który przywołuje na myśl promienie słońca. Do tego bellini - koktajl na bazie wina musującego, z dodatkiem musu brzoskwiniowego. Lekka nuta goryczy o owocowym posmaku sprawiła, że beza smakowała jeszcze lepiej.

Do dziś nie wiem, czemu do Kwiatkarni nie wróciłem. Może to przez podróże, może przez masę nowych miejsc do odwiedzenia. Z tego co wiem, kolejna okazja nadarzy się dopiero, gdy zrobi się cieplej. Biorąc pod uwagę groźby meteorologów (zima stulecia - lepiej odpukać), raczej nieprędko. Dlatego - niemal złośliwie - wrzucam tekst i zdjęcia, robiąc sobie i Wam ochotę, na jeszcze jeden letni dzień spędzony w ogrodzie.


Tort bezowy.
Bellini.


Jedno z najlepszych zdjęć, jakie Magdzie zrobiłem.

poniedziałek, 9 września 2013

Kuchnia Funkcjonalna

20-40zł
www.facebook.com/pages/Kuchnia-Funkcjonalna

-Wybierasz się do Kuchni Funkcjonalnej? Zarezerwuj sobie z trzy godziny przynajmniej.

Tak poinstruowany, znalazłem drogę do domku jednorodzinnego, zlokalizowanego tuż obok Ronda Waszyngtona, na ulicy Jakubowskiej. Surowa architektura Domu Funkcjonalnego (poza restauracją znajduje się tu galeria) jest dziełem Czesława Przybylskiego, a miejsca pracy udzielała wielu artystom.
Kuchnia Funkcjonalna zdobyła niemal jednogłośny poklask krytyków kulinarnych, tym bardziej postanowiłem spojrzeć na zawartość talerza krytycznym okiem. 

Siadamy na ogródku, chwytając ostatnie promienie letniego słońca. W karcie: prosto, przejrzyście, naturalnie, z polskim akcentem. Na początek decydujemy się na dwa chłodniki - arbuzowy oraz z rabarbaru, a dalej: filet z kaczki oraz stek z polędwicy wołowej. Pomimo tego, że jesteśmy jedynymi jedzącymi klientami, czas oczekiwania ciągnie się w nieskończoność. Na szczęście miło się siedzi, pomimo surowej szarości, panuje tu lekka atmosfera. Dania docierają.
I tu recenzje należałoby rozdzielić na dwie części - zupy i drugie dania. Pierwsza część mnie rozczarowała, zwłaszcza mając w pamięci lekki i aromatyczny chłodnik z Przepisu, nie mogłem pozbyć się wrażenia, że wersja Kuchni Funkcjonalnej jest przesadnie przyprawiona i dziwnie niezdecydowana smakowo, słodko-gorzka. Nie przepadam też za makaronem orkiszowym podanym na słodko...
Następnie zwrot o 180 stopni! Polędwica wołowa boska, idealnie różowa w środku, z przyjemnym dodatkiem sosu orzechowego i grillowanymi warzywami. Kaczka prosta, w lekko słonym sosie, podany z porem i kopytkami. Zestawienia udane i pełne smakowo, zaprzeczające wcześniejszej zupnej konfuzji. Do wszystkiego woda arbuzowa, w smakowity sposób zgasiła pragnienie.

Na Kuchnię Funkcjonalną warto spoglądać, bo pojawiają się tu pozycje ciekawe i dobre, jednak nie brakuje też błędów eksperymentatora. Miejsce przesiąknięte jest kulturą, dlatego jestem w stanie wybaczyć nieśpieszne zachowanie obsługi. Czy wrócę? Pewnie tak, z zapasem czasu i nutą niepewności.


Woda arbuzowa.
Chłodnik arbuzowy.

Filet z kaczki.

Stek wołowy z warzywami.
Chłodnik z rabarbaru.
Wejście.

środa, 7 sierpnia 2013

Obiad z... Łukaszem Klinke. / DOT Bistro CAFE

Zaczynamy nowy cykl: Obiad z...! 
Na pierwszy ogień poszedł Łukasz Klinke (Playboy, Przekrój, Wywiadowcy), starszy kolega "po fachu", który zwykł pisać recenzje kulinarne dla PoGodzinach. Wybraliśmy się na obiad do restauracji DOT Bistro, znajdującej się na Saskiej Kępie, dzielnicy, która dla nas obu jest domem. 

Damian Dawid Nowak: Zajmowałeś się pisaniem o restauracjach zanim to "było cool". Jakich lokali najbardziej nie lubiłeś? 

Łukasz Klinke: Teraz już takich miejsc nie widać. Ale kiedyś było ich sporo, wchodziłeś i od razu wiedziałeś: otwarto to miejsce, by zrobić szybką kasę. Co tak naprawdę nigdy się nie udawało. Może teraz lepiej się kamuflują?

DDN: Co sądzisz o trendach kulinarnych?

ŁK: Im więcej trendów, tym lepiej. To co się nie przyjmie, naturalnie znika. Gdzieś 60% restauracji, o których pisałem już nie ma, w starych magazynach znalazłem nazwy, które nic mi nie mówią. To nie jest nic dziwnego, to normalny proces. Niby pisałem niedawno, a jednak było to dawno - teraz więcej jest knajpek, bistro, małych miejsc. Wtedy dominowały dużye restauracje, a wiadomo, że im większa inwestycja tym łatwiej o upadek. Ludzie teraz częściej jadają na mieście.

DDN: W dobie kryzysu?

ŁK: Myślę, że wychodząc do restauracji ludzie nie myślą o pieniądzach - ja sam nie myślę, ewentualnie potem zauważam, że to trochę kosztuje. Robiono badania, że im biedniejsze jest społeczeństwo, tym częściej ludzie chodzą do restauracji. Im gorzej ci w domu, tym chętniej z niego wychodzisz, najlepiej zjeść coś, czego sam sobie nie potrafisz przygotować.

DDN: Jak to wygląda z perspektywy rodzica? Wiem, że razem z małżonką ocenialiście restauracje i pod tym względem.

ŁK: Gdy dzieci są małe, jednym oczekiwaniem jest przewijak w toalecie. Podgrzanie butelki, krzesełko - to już standard, pod tym względem jest lepiej. Parę lat temu bywało różnie, w 2003 praktycznie nie było miejsc ustawionych pod dzieci. Można nawet powiedzieć, że obecnie jest przesyt tego typu miejsc - dla ludzi nieposiadających dzieci, ich obecność może nawet przeszkadzać. Myślę, że za trzy-cztery lata, powstaną restauracje zabraniające wstępu dzieciom. Taka kontrowersja będzie dobrym motorem - myślę, że może się przyjąć. Byłyby awantury, zamknąć nie dałoby rady, nie ma takiego paragrafu... Promocja lepsza nawet od robaków!

DDN: Jesteś w stanie przewidzieć przyszłe trendy?

ŁK: Jest trend, o którym nie mogę mówić, bo może sam go zacznę. Nie mogę mówić, bo już kilkakrotnie irytowałem się, gdy inni realizowali moje pomysły. Teraz w Warszawie jest już właściwie wszystko, co jest na świecie... Jeszcze parę lat temu, jeśli chodziłeś na sushi, to byłeś kimś. Teraz, jeśli nie jadasz burgerów, to nie jesteś hipsterem. Hipster, słowo które już nic nie znaczy. Myślę, że burgery będą długo dominować.

DDN: Ulubione restauracje?

ŁK: To jest pytanie na zasadzie: trzy ulubione płyty, trzy ulubione zespoły... nie da się. Teraz mam trzynaście, a na jesieni będzie trzynaście innych. Podobnie z miejscami - są idealne na lato, z ogródkami i klimatem, są jesienne, są zimowe. Dla mnie bardzo ważny jest nastrój, sposób podania, wystrój, to wszystko wpływa na mój odbiór jedzenia.

DDN: Strzelaj.

ŁK: Tapas, nawiąże do tematu przyszłych trendów - Polacy są gotowi na tapas, będą powstawać nowe tapas bary. Polecam Ale Wino, super miejsce, niestety kuchnia od szesnastej, za to zaprzyjaźnieni właściciele. Na tyłach domu w którym mieszkał Tytus Chałubiński, jesteś w środku rozjechanego miasta, robisz sześć kroków, wchodzisz za winkiel i jesteś w azylu spokoju. Jedyną wadą miejsca jest to, że zawsze jestem tam sam. Czasem mam wrażenie, że są miejsca, które razem z żoną kochamy, ale nie przypasowują w gusta reszty społeczeństwa... mam nadzieję, że Ale Wino nie padnie, to byłby straszny smutek.

DDN: Jak podoba Ci się miejsce, w którym jesteśmy? Jak obiad?

ŁK: Chłodnik dobry, taki standard. Nie jestem fanem kanapek, za dużo pieczywa (śmiech). W porządku - to co w środku jest smaczne, jest ciepła, co wcale nie jest tak oczywiste, jak się może zdawać. Wnętrze podoba mi się bardzo, jest dobrze zagospodarowane, pomimo małego metrażu. Na tablicy są błędy - nie ma takiego słowa jak "pomarańcz".

DDN: Temat: soczyste historie z czasów redakcyjnych.

ŁK: Nasza działalność nie była tak powszechna, jak pisanie o jedzeniu jest teraz, dlatego zdarzały się ostre wtopy. Ludzie często pisali do nas listy, próbując pseudomerytorycznie wytłumaczyć nam, czemu nie mamy racji. W jednej z knajp znalazłem opis, że pierogi to "polska odmiana ravioli". Nad morzem znalazłem mnóstwo złych tłumaczeń... Pamiętam jedną kelnerkę, która pracowała w trzech pod rząd restauracjach, o których pisaliśmy. Za każdym razem zastanawialiśmy się, czy to ta sama, a ona nas poznawała i zagadywała. Była dość zabawna i bezpośrednia, kiedyś zachwalała pewną zupę "jem ją od tygodnia i krostki na twarzy zniknęły!"

DDN: Czym ostatnio się zajmujesz?

ŁK: Kręcimy film dokumentalny o Teresie Orłowski, jesteśmy an etapie zdjęć. Damy znać, jak będę wiedzieć, gdzie będzie można go obejrzeć. Używam także swojego głosu do nagrywania różnych rzeczy.

DOT Bistro jest małe, za to elegancko i miło urządzone. Jasne barwy napawają optymizmem, a stoliki nie wydają się ściśnięte. Sympatyczna obsługa jest pomocna w wyborze dań, karta zmienia się zależnie od dnia. Brakowało mi wyboru dań lunchowych niekanapkowych, ale cóż, to bistro, a nie restauracja.
Krem z pomidorów zacny, o dobrej konsystencji i przyjemnym, mocnym smaku. Moja kanapka z polędwicą byłaby idealna, gdyby nie lekka przesada z sosem - połowa wypłynęła na talerz, co uznałem za sukces. Porażką byłoby, gdyby sos wylądował na koszulce, co zdecydowanie zbyt często mi się zdarza.
Obiad ok, jednak to co nas urzekło, to napoje. Łukasz spróbował kawy z chałwą - nie tylko pomysłowe, ale i bardzo dobrze wykonane, deser i pobudzenie w jednym. Ja zdecydowałem się na lemoniadę kokosową, ciekawą wariację na dobrze znany temat.
DOT Bistro jest miejscem pełnym pozytywnej energii, do którego z pewnością powrócę by sprawdzić co nowego mają w menu i czym można zwilżyć gardło w te upalne dni.




Chłodnik czerwony.

Krem z pomidorów.

Wo bist du, Teresa O.?


Kanapka z polędwicą.

Trochę historii.

Nom om om.

Wnętrze całkiem przyjemne.

I pozowane.

środa, 31 lipca 2013

Z57, mistrzostwo autoreklamy czy słaby żart?

"Restauracja Z57 jest jedną z najlepszych restauracji w mieście - opinię tą podzielają krytycy kulinarni oraz stali klienci."
 (Wszystkie cytaty wzięte ze strony: www.z57.pl)

Wow, mocne słowa. Ale dobrze, jeśli rzeczywiście jest tak wspaniale, to z miłą chęcią odwiedzę to miejsce. Zwłaszcza, że cytując opinie przytoczone na ich stronie:

 "Z57, w sposób przemyślany, oferuje wybór wyjątkowych potraw, a karta jest idealnie dopasowana do menu - rozkosz dla wymagających klientów."

Nie wiem, czy jestem wymagającym klientem, ale swoje gusta mam. Z to od Zwycięzców, ja mieszkam na Saskiej, więc piechotą udaję się w kierunku lokalu.

"Chętnie poszedłbym tam jeszcze raz - i jeszcze raz, i jeszcze raz."

Pójść może tak - ładna okolica, ale raczej nie zjeść. Restauracja nie jest jeszcze otwarta, a jedyni ludzie, którzy są dookoła, to robotnicy i właściciele. Ilustracja:

To za oknem to stosy płytek, w środku: surowizna.
 "Z57 można rozpoznać po komfortowej, acz eleganckiej atmosferze, która tworzy charakterystyczną oprawę do spożywania wspaniałych potraw i win. Byłem pod wielkim wrażeniem."

Z zewnątrz budynek wygląda świetnie i elegancko, wpasowuje się w elegancki wystrój ulicy Zwycięzców. Po co jednak publikować w oczywisty sposób zmyślone recenzje i opinie? Przecież nazwa knajpy jest na szybach, właściciele spytani o to, co tu powstaje chętnie udzielają odpowiedzi na pytania. Wystarczy wygooglować, żeby dokopać się do tej "rzetelnej" informacji.

"Perfekcyjna obsługa, no i wspaniała kuchnia"

Biznes to biznes. Potrafię wiele wybaczyć a jeszcze więcej zrozumieć. Jednak nie materiał, który w całości jest zmyślony i do tego tak napuszony! Chyba, że mamy tu do czynienia z dowcipem - w takim razie ja go nie pojmuję.

Pewnie po moim artykule właściciele usuną stronę, dlatego wrzucam dwa, przesoczyste screenshoty:








niedziela, 2 czerwca 2013

Cafe Baobab

20-40zł
cafebaobab.pl

Podróż po kulinarnych odcieniach Warszawy trwa, tym razem zaprowadziła nas na Saską Kępę, gdzie mieliśmy okazję spróbować dań kuchni senegalskiej, i wypocząć w miłej, kawiarnianej atmosferze. Rozmawialiśmy z właścicielem miejsca, Azizem Seckiem.

Damian Dawid Nowak: Jak zaczęła się Pańska przygoda z gastronomią?

Aziz Seck: Do Polski trafiłem lata temu, jako koszykarz. Po pewnym czasie zrozumiałem, że nie mogę się tym zajmować na stałe, i zacząłem pracować w gastronomii. Najpierw jako barman, później zostałem menagerem. Cafe Baobab to pierwszy mój własny lokal, będący zwieńczeniem kariery.

DDN: Kto jest autorem dań?

AS: Dania są tradycyjne, senegalskie. Na początku sam gotowałem, teraz zatrudniam dwóch dwóch Senegalczyków, którzy chcą smaku dokładnie takiego, jak w Senegalu. Jednego z nich ściągnąłem tutaj z Francji. Zależy nam na autentyczności kuchni, ale pamiętajmy, że smak dań różni się nawet pomiędzy rejonami niewielkiego Senegalu. Świetnym przykładem jest moja żona - dwukrotnie odwiedziła Senegal, próbowała tamtejszego jedzenia, kupiła niezbędnne książki i składniki. Jedzenie było smaczne, ale spytałem - co to jest? Żeby odwzorować kuchnię, trzeba znać ją od dziecka.

DDN: Jak scharakteryzowałby Pan kuchnię senegalską?

AS: Senegal to małe państwo, z jednej strony otoczone morzem, z drugiej rzeką - stąd mnóstwo ryb. Dania są ostre, choć w naszej restauracji staramy się je trochę stonować do Polskiego smaku. Oczywiście, są ludzie, -często Ci, którzy wcześniej odwiedzili Senegal - którzy chcą smaku dokładnie takiego, jak w Afryce. Dla nich doprawiamy ostrzej, a czasem nawet jemy na ziemi używając rąk, w tradycyjny sposób.

DDN: Czy ciężko o produkty niezbędnne do przygotowania dań?

AS: Do niektórych - tak, niezbędne jest na przykład masło arachidowe. Choć jest już lepiej. Pamiętam, gdy przyjechałem do Polski, ciężko było dostać korzeń imbiru. Teraz jest on dostępny w każdym markecie, ponadto istnieją miejsca, gdzie można dostać afrykańskie i indyjskie przyprawy i owoce. Staramy się wszystko kupować na miejscu - indywidualny import znacznie podniósł by ceny dań.

DDN: Czemu indyjskie?

AS: Kuchni senegalskiej blisko do arabo-indyjskiej, sporo osób żyjących w Senegalu to muzułmanie.

DDN: Jaki jest odbiór kuchni senegalskiej, czy jest konkretny odbiorca?

AS: Polacy! Nie ma ambasady ani konsulatu senegalskiego, co sprawia, że w Warszawie nie mieszka wielu senegalczyków. To nie Francja.

W lokalu nie tylko mieliśmy przyjemność spróbować kuchni, ale wspólnie przestudiowaliśmy książkę Sénégal : La cuisine de ma mère, określaną przez Aziza, jako "nasza Biblia". Dokładnie pokazywała wszystkie regionalne potrawy, owoce oraz sposób ich przyrządzania i jedzenia. Dowiedzieliśmy się, że w Senegalu chilli rośnie gęsto niczym chwasty, bazary są pełne suszonych ryb, a owoc, którego nazwy nie znalazłem w internecie (sic), napełnia dom najpiękniejszym zapachem.

Na początku, spróbowaliśmy zupy z batatów. Ciekawe połączenie kremowej słodkości, z ostrą nutą imbiru, całość przypominała trochę krem z dyni. Dla mnie dość ostra, dla mojej towarzyszki łagodna. Wszystko przez imbir, którego w swojej kuchni używam bardzo ostrożnie.
Na talerzu znalazł się miks: Fataya - pierożki z nadzieniem wołowym, oraz ich wegetariańska odmiana - świetne o cieście przypominającym grubsze ciasto francuskie. Do tego Boulettes de poisson, kuleczki rybne, o bardzo wyraźnym, intensywnym smaku i aromacie. Wszystko podane z sosem pomidorowym, gotowanym razem z warzywami.

Aziz Seck z małpim owocem.

Talerz rozmaitości.

Po lewej hibiskus, po prawej imbir.

Basia z zupą z batatów i chlebem pita.

Zdjęcia ozdabiające lokal, pochodzą z rodzinnych albumów Aziza.

Ciepłe oświetlenie.

Za oknami deszcz.

Bar.


sobota, 18 maja 2013

Powrót: ToTu

do 20zł
http://www.chinskapierogarnia.pl/

ToTu odwiedziliśmy zaraz po otwarciu, zachwycając się smakiem chińskich pierogów z niepozornej budki. Niedługo potem, artykuł napisał Maciej Nowak, nieodwracalnie nakręcając temu miejsce koniunkturę - pamiętam, jak dzwoniąc po dostawę, dowiedziałem się że "przez Nowaka taki ruch, że nie wyrabiamy". Pierogi są dobre, to pewne. Zastanówmy się, czy lokal wykorzystał nabrany przez dobrą kuchnię moment pędu.

Z zewnątrz od razu widać zmiany, dawne plastykowe stoliki zastąpił szklarniopodobny pawilonik. W środku stołki barowe, drewniana lada, okienko na kuchnię. Dobrze, przypomina mi azjatyckie fast foody. W barze nowe, apetyczne zdjęcia potraw i poszerzone menu: baozi na słodko, zestawy lunchowe z kurczakiem. Ale nie po to przyszliśmy, w końcu to pierogarnia.

Na początek kimchii, oraz algi nori. Kimchii nas zdecydowanie zawiodło (Karola: "robię lepsze" Damian: "prawda"). Zbyt bliskie polskiej kiszonej kapuście, mało swermentowane, prawdopodobnie nie widziało sosu rybnego. Za to algi świetne! Świeże, okraszone sezamem, cudownie komponowały się z sosem sojowym. Po tym, czas na pierożki Baozi - są to gotowane na parze, nadziane mięsem mielonym "bułeczki" (dosłownie), pochodzące z północnych Chin. Bardzo dobre, podane w tradycyjnym koszu, ze słodkim sosem na boku. Smakiem, ciasto przywodzi na myśl kluski gotowane na parze.

Jedzenie jest bardzo dobre, jednak jak na popularność kuchni, spodziewaliśmy się większych zmian. Nie zaglądam do księgi rachunkowej, jednak przypuszczam, że zmiana lokalizacji na bardziej reprezentatywną, byłaby dla właścicieli lukratywna. Chyba, że ich celem jest budowanie budkowej alternatywy - szkoda, bo pełnowymiarowa kuchnia pozwoliłaby kucharzom zalśnić.
 
W całej okazałości, nowy pawilon po lewej.

Co by tu...
Kimchii i algi.

Baozi.