Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chińczyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chińczyk. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 października 2013

Thienly

https://www.facebook.com/pages/Indyk-Mas%C5%82o-Czosnek/359303837471587
do 20zł

Są miejsca popularne bo bywają tam celebryci, bo hipsteriada wydaje ciężko przez rodziców zarobione pieniążki na quiche (które tak naprawdę im nie smakuje), bo nagle serwowane przez lokal danie staje się modne. Są też miejsca o niegasnącej popularności, którą napędza dobra jakość w stosunku do niskiej ceny. Jednym z przykładów, a może właśnie najlepszym przykładem jest Thienly, azjatyckie serce, którego rytm wybija nieskończona rzesza studentów, przetaczających się tu każdego dnia.

Wybierając się w to miejsce usłyszałem hasło: indyk masło-czosnek. Tak też nazywa się funpage restauracji na facebook'u, a to już o czymś świadczy. Zamówienie proste i standardowe: sajgonki i główna atrakcja, czyli osławiony indyk. Stoję w PRL-owskiej kolejce, stoły są rozchwytywanym rarytasem - pomimo sporej powierzchni lokalu. Wystrój zachwyca tandetą, jest tu po trochu wszystkiego: wejście a'la pagoda, olejny pejzażyk na ścianie, chińskie lampiony oraz... sufit pokryty bluszczem, ze zwisającymi gdzieniegdzie kiściami winogron. Hmm...
Obsługa wykrzykuje moje zamówienie, odbieram, siadam. Sajgonki lekko ponad przeciętną, nie smakują tłuszczem, a nawet są mięsno-zjadliwe. Natomiast indyk był zdecydowanie satysfakcjonujący - cienko rozbity filet w panierce, posypany orzeszkami, zanurzony w sosie czosnkowo-maślanym. Dobre połączenie, jedyne co mnie odrzucało to fatalnej jakości ryż. Nie wiem czy to wina produktu, czy sposobu ugotowania, ale jego konsystencja była nieprzyjemna: lepka i sucha zarazem.

Gdzie indziej zjemy spore, dobre danie za dwanaście złotych? Thienly stanowi mocną konkurencję dla wszystkich kebabów i im podobnych fast foodów. Nie oczekujcie po tym barze wielkich doznań estetycznych; za to smakowe należą do najlepszych w swojej kategorii.

Gwiazda: indyk masło-czosnek.

Sajgonki.

Dziki bluszcz z winogronami na suficie.

Elegancki element wystroju, tuż nad głowami klientów - kaloryfer.

Mała pagoda.

niedziela, 1 września 2013

Obiad z... Łukaszem Orbitowskim. / Que Huong

Do tej rozmowy musiałem się odpowiednio nastawić, ponieważ Łukasza znam nie tylko ze świetnych powieści, ale także z nonkonformistycznej postawy wobec życia. Negacja ogólnoprzyjętych wartości nie ominęła jedzenia, dlatego jako miejsce spotkania musiałem wybrać coś niesztampowego, nie do końca blogerskiego. Miejsce, które będzie pasowało do prawdziwego metalowca, który boi się wejść do centrum handlowego. I tak, znaleźliśmy się w (nie)sławnym Que Huong, na Placu Zbawiciela.

Damian Dawid Nowak: Powiedz mi, jak można nie lubić jeść?

Łukasz Orbitowski: Wstaję rano i muszę sobie zrobić śniadanie. Chciałbym się zająć czym innym, ale nie mogę, bo muszę zrobić i zjeść

DDN: Ale czy nie jest tak z każdą funkcją fizjologiczną?

ŁO: Tak, ale inne nie zajmują tyle czasu. Pięć, sześć minut maksymalnie, a obiad ugotować, przynajmniej pół godziny, potem zjeść, potem jestem senny i muszę się położyć...

DDN: A może życie jak modelka, na liściu sałaty?

ŁO: Nie, bo przy tym nie dbam o linię.

DDN: Czyli jest coś, co lubisz?

ŁO: To nie jest do końca tak, ja po prostu nie lubię być głodny. Chciałbym uwolnić się z cyklu, mam nadzieję, że w końcu wymyślą te trzy pigułki, którymi będę mógł zastąpić pokarm.

DDN: A słyszałeś o tym człowieku, który żyje na samych szejkach?

ŁO: I co, żyje? Poczekajmy jeszcze trzy lata, wtedy o tym pomyślę. Próbowałem się żywić batonikami proteinowymi - owszem, nie byłem głodny, ale pojawiły się problemy gastryczne.

DDN: Z czysto ewolucyjnego punktu widzenia, człowiek nie lubiący jeść wyginąłby. To tak, jakbyś nie lubił oddychać!

ŁO: Może ja również nie lubię oddychać! Masz tu jawny dowód, że jestem ginącym gatunkiem, człowiekiem, który nie powinien się zdarzyć. Patrząc na to nieco głębiej, mógłbym polubić jedzenie, gdyby nie było koniecznością. Ja traktuję obowiązki strasznie poważnie i metodycznie, jesli mam robotę do zrobienia, to niezależnie od okoliczności ją wykonam. Jeśli muszę zadbać o syna, wsiadam w samolot i lecę, jeśli mam jeść pięć posiłków dziennie, to je przygotowuję. Może dlatego tego nienawidzę.

DDN: Kiedy już sobie gotujesz, co ląduje na talerzu?

ŁO: Umiem przyrządzić dwa dania: łosoś z ryżem, cytryną,pieprzem i solą, żadne wyzwanie. Drugi jest makaron z tuńczykiem, brokułami i czosnkiem, a to dlatego, że gdzieś przeczytałem, że to danie zawiera wszystkie potrzebne do życia mikroelementy.
Moja abnegacja kulinarna jest kontrastowana przez otoczenie - wszyscy kochają jeść.Jestem otoczony przez samych smakoszy.

DDN: Czym się obecnie zajmujesz?

ŁO: Jestem felietonistą Wyborczej, mam regularne zamówienia na teksty, a już niedługo, pod koniec października, ukaże się moja nowa powiesć "Szczęśliwa ziemia". Tytuł jest znaczący, a całą książkę mam za fucka względem tych, którzy twierdzili, że moje powieści są smutne.
Ta dopiero jest smutna!
Obecnie powoli zbieram się do napisania powieści życia. Może nie całego, bo mam plan jeszcze parę dziesiątek lat pożyć.

DDN: Najlepsza?

ŁO: Największa, nie wiem, czy najlepsza. Skrótowo: saga rodzinna, osadzona na Dolnym Śląsku, w Jaworznie, gdzie mieszka mój syn, historia zmagań pasierba z macochą. Fantastyczna osmoza będzie związana z tarotem, rozkładanym przez narratora, brata głównego bohatera. Wycofany z życia, zamknięty w domu, rozkłada tarota i opowiada o swojej rodzinie: nie wiemy, czy karty mają zdolności profetyczne, czy to tylko zabawa.

DDN: Dużo też ostatnio pisałeś o grach komputerowych.

ŁO: Tak, bo to jest łatwe.  W gruncie rzeczy niewiele osób potrafi napisać o grze więcej, niż że jest fajna-niefajna. Do tego rynek gier jest w kryzysie, bazuje na sequelach, coraz mniej wychodzi nowych, ambitnych tytułów. Jest oczywiście moda na gry indie, ale w tym sektorze brakuje pieniędzy.

Jedzenie, jak to w "chińczyku" - średnie. Sajgonki tłuste i ciężkie, za to ze świetnym, ostrym, bardzo wyrazistym sosem. Kalmary gumiate, pozbawione smaku, ryż rozgotowany, jak dla dziecka. Surówka nijaka. Zaskoczyły mnie za to krewetki w cieście kokosowym, które wybrał Łukasz. Były świetne! Najlepsze ciasto kokosowe, jakie jadłem w Warszawie. Widać, że gdyby dołożyć tutaj serca, miejsce mogłoby być ponadprzeciętnym przedstawicielem kuchni chińskiej. Wystrój barowo-weselny, obsługi zasadniczo brak, Łukasz wydawał się zadowolony...


Czy te oczy mogą kłamać?




Saj-gon-kiiii.

Krewetki w cieście kokosowym/

Niemal weselne wnętrze.

Nieostre zdjęcie wejścia, a jak.

sobota, 20 kwietnia 2013

Spring Roll

 https://www.facebook.com/SpringRollCuisine
20-40zł

Przerywając serię wizyt w restauracjach włoskich, powracam do starej miłości - kuchni orientalnej! Tym razem wybrałem się ze złotoręką specjalistką, koleżanką redakcyjną, znaną z naszych filmików - Karolą. Wizyta w restauracjach w Jej towarzystwie, poza oczywistym walorem wizualnym, daje dużo do myślenia nad procesem przygotowawczym potraw, jako że większość K jest w stanie przeanalizować, a potem odtworzyć.

Restauracja jest zlokalizowana nieopodal wciąż uwielbianego Tea. Dawniej mieściła się tutaj Orchidea, restauracja o profilu... azjatyckim. Tradycja nie umiera, Spring Roll, jak sama nazwa (z ang sajgonka) wskazuje, ma w swojej ofercie dania kuchni chińskiej i koreańskiej. Proste i estetyczne wnętrze, może nie jest do końca azjatyckie, ale z pewnością przyjemne.

Zdecydowaliśmy się, ze względu na wczesną porę, na dwa zestawy lunchowe (25zł). Zupa plus główne danie, oczywiście, w celach badawczych, wybraliśmy inne zestawienia. W moim znalazła się zupa z bakłażanem i tofu, K wybrała pikantną zupę z cukinią. I tu zdecydowanie muszę pochwalić wybór K, ponieważ w mojej tofu było zbyt miękki i pozbawione smaku, wywar mocno czuć było surowym bakłażanem, natomiast zupa z cukinią była świetna! Bardzo pikantna, chilli dominowało i skraplało szyję potem, w bardzo przyjemny sposób.
Z drugim daniem rolę się odwróciły - obie pozycje były dobre, ale to moja wołowina ze świeżymi warzywami miała bardziej satysfakcjonujący, pełny smak. Za to kurczak po malajsku był bardzo uniwersalny. Jeśli osoba, z którą wybierasz się do Spring Roll nie przepada za orientalnymi smakami, jest to dla niej bezpieczna pozycja.

Dobra obsługa, przyzwoite jedzenie i estetyczny wystrój sprawiają, że Spring Roll jest dobrym miejscem na orientalny lunch w centrum. Mam nadzieję, że lokal pójdzie też w kierunku mniej "bezpiecznych" dań, oferując nam dania w stylu już serwowanego Gorącego Kociołka.

Karola zabiera się za kurczaka.
Zupa w stylu "Nam Bo".


Zupa z tofu i bakłażanem.


Wołowina ze świeżymi warzywami.
Kurczak po malajsku.

wtorek, 23 października 2012

Du-za Mi-ha

Pomimo mojego obycia w "chińczykach", w Du-zej bywałem dość rzadko, a to za sprawą mojej pierwszej, średnio udanej wizyty. Od razu muszę pochwalić - jakość zdecydowanie uległa poprawie. 

Wielką zaletą lokalu są niskie ceny, co zachęca do wizyt masy młodzieży. Pomimo dużego ruchu, nie ma problemu z czekaniem, dania odbiera się w kasie parę chwil po zamówieniu. Wystrój jest oszczędny, ale przyjemny. Bardzo miłym aspektem są siedzenia zatopione w podłodze, będące wariacją na temat japońskiego tatami. W ofercie, poza daniami kuchni wietnamskiej jest szeroki wybór soków.

Podczas wizyty przedstawionej na zdjęciach, zdecydowaliśmy się na makarony. Mój - sojowy z wołowiną, okazał się całkiem dobry, mocno wysmażony o intensywnym smaku i zapachu. Brakowało mi warzywnych dodatków, ale przy tak dominującym smaku zatraciłby swój charakter. Warto dla odmiany, po rozgotowanych, zalanych sosem polskich makaronach, spróbować chrupkiego, czysto wietnamskiego smaku. Drugi makaron, tym razem ryżowy z kurczakiem, nabrał rumieńców po doprawieniu pikantnym sosem.

Wadą miejsca jest mała ilość dań wegetariańskich, do tego na modłę wietnamską, nawet dania rybne mają wieprzowy posmak. Tradycyjny sposób przyrządzenia, nie sprzyjający rożlinożercom. Zupa Pho, jedna ze specjalności lokalu, jest smakowita, jednak jeśli miałbym wybierać, wolę tą z Toan Pho. Wciąż, polecam Du-zą Mi-hę studentom i wszystkim pragnącym szybkiej, taniej a smakowitej przekąski.





czwartek, 11 października 2012

Haru Kimbap Sushi

W radiu, w telewizjach muzycznych, a nawet na klubowych parkietach, możemy usłyszeć "Op op op...". Skoro muzyka już do nas dotrała, czas żeby kuchnia koreańska też zdobyła nasze serca. A doskonałym miejscem, by zakosztować prawdziwej, koreańskiej kuchni jest Haru Kimbap Sushi. Reputacja tego miejsca w środowisku k-popowców sprawiła, że specjalnie na obiad pofatygowałem się aż do Sulejówka, co okazało się nie być tak straszne - restauracja znajduje się trzy minuty od stacji SKMki.

Jako przystawkę, wybraliśmy placek z kimchi. Niestety, nie mam go na zdjęciach, ponieważ został błyskawicznie pochłonięty, przez zmęczonych podróżą gastronautów. Kimchi to specjalnie przygotowana kiszona kapusta chińska, zawierająca chilli, imbir oraz czosnek. W połączeniu z plackiem, daje bardzo dobrą przekąskę, o zróżnicowanym smaku.
Zupy też nas nie zawiodły - Ramen co prawda nie dorównywało rozmiarowo japońskiemu protoplaście, ale napar był smakowity, dość pikantny, a makaron taki, jaki powinien być - syty i ciągnący się kilometrami. Zupa z pierożkami miała bardzo wyraźny smak i mnóstwo dodatków, takich jak suszona ryba, jajko czy kawałki nigiri.

Czas przejść do dania głównego, prawdziwej zabawy! Bibimbap, to po koreańsku "mieszany ryż", i zgodnie z nazwą, jest to ryż zmieszany z warzywami, wołowiną i jajkiem. Do tego ostra pasta chilli, dodawana do smaku i przysmak gotowy! Konsystencja ryżu nie ma nic wspólnego z rozgotowaną ciapką, znaną z innych restauracji wschodnich - tutejszy przypomina raczej ten, używany do sushi. Spróbowaliśmy jeszcze kurczaka w "czerwonym sosie", jak podaje karta. Nie umiem znaleźć koreańskiej nazwy dania, jednak jest to smażony kurczak, podany w słodko-ostrej paście gochujang, z dodatkiem orzechów. Smak świetny, bardzo dobrze komponujący się z ryżem.

Trudno napisać coś złego o tym miejscu. Jedyne, co może zniechęcać, to dość długi dojazd, oraz wystrój - z zewnątrz bardziej przypomina góralską niż koreańską restaurację. Wielkim plusem są ceny - za tak pełny obiad, jak opisałem zapłaciliśmy ledwie siedemdziesiąt złotych! W konkurencyjnych restauracjach w Centrum, z tymi samymi daniami, cena wyniosłaby ponad dwukrotnie więcej. Nastrój miejsca jest bardzo pozytywny, a obsługa miła i sprawna. Nie pozostaje więc nic innego, jak polecić z całego serca wszystkim fanom kuchni koreańskiej, oraz tym wszystkim, którzy mają ochotę spróbować czegoś nowego.


Bibimbap
Ramen


Zupa z pierożkami



Kurczak w czerwonym sosie

niedziela, 7 października 2012

Bar Nam Sajgon

Pomimo mnóstwa czasu spędzonego na Chmielnej i w okolicznych chińczykach, do Nam Sajgon trafiłem dopiero ostatnio. Winą obarczam bliskość Toan Pho, mojego faworyta wśród szybkiego orientu. Motywacją do odwiedzenia Bar Nam stała się towarzyszka czwartkowego lunchu, zatwardziała mięso-sceptyczka, chętna sprawdzić ofertę wegańską/wegetariańską.

Kto bywał na Stadionie, zanim ten był najdroższym i najbardziej okratowanym w Europie, pamięta Bar Nam jako konieczny przystanek, odrobinę prawdziwej kuchni wietnamskiej. Na Brackiej zmianie uległa forma, ale nie treść: nadal Bar oferuje szeroką gamę zup Pho, owoców morza oraz ryżowych naleśników. Wybór ułatwia graficzna karta, z dużymi zdjęciami, które pokazują jak danie (naprawdę) wygląda.

Na pierwszy ogień poszły sajgonki. Pokrojone i podsmażone (czyli podane w sposób wietnamski), były pełne krewetkowo-wieprzowego farszu. Pomimo tego, że były dość tłuste, bardzo dobrze komponowały się z sosem i surówką. Główną atrakcją stał się dla mnie Banh xeo, fuzja kuchni francuskiej i indochińskiej. Naleśnik był gruby, ale delikatny w smaku, pełny farszu z krewetek i kiełków sojowych. Podany z sosem rybnym (nước mắm), był jednym z ciekawszych azjatyckich doznań, choć dosyć monotonnym.

Co do kuchni wege, oddaje głos Gwieździe tego posta, Klaudii:

Nie wiem dlaczego – może to mój wrodzony brak ciekawości (albo równie silnie wrodzone lenistwo) – ale zawsze trzymałam się jednego, ulubionego „chińczyka”. To samo tyczy się samego wyboru jedzenia – zawsze zamawiałam to samo, znając na pamięć skład i smak potrawy. Nie ryzykując zbyt wiele (oraz nie mając zbyt wielkiego wyboru), podczas odwiedzin w Barze postawiłam na sprawdzony smak, czyli ryż z tofu i warzywami. Wielkim zaskoczeniem była obecność świeżych, sezonowych warzyw. Niestety, tak miłym zaskoczeniem nie było już tofu, które było dobre, ale przeciętne. Najgorszą częścią była surówka z przesadną zawartością soku z cytryny. Wszystko to podane w ogromnej ilości, niemożliwej do zjedzenia przez jednego wegetarianina.

Bar Nam Sajgon jest miejscem dobrym na szybki lunch z przyjaciółmi. Umiarkowane ceny, luźna atmosfera i specjały kuchni wietnamskiej sprawiają, że będziemy wracać. Z drugiej strony, nie ma tu nic nadzwyczajnego i dlatego wciąż traktuję to miejsce jako "chińczyka", a nie restaurację.




wtorek, 25 września 2012

Loving Hut



Ciąg pawilonów przy Jana Pawła, pomimo niedawnej renowacji, nie zachęca do wizyty. Gęsto powciskane, małe lokaliki, wydają się tchnąć tandetą. Po raz kolejny, muszę oddać cześć mądrości mojego dziadka: „nie oceniaj książki po okładce”! Ponieważ właśnie tam zjadłem swój pierwszy, satysfakcjonujący obiad wegański.

Wąski wagon z szerokimi ławami, brzydkie menu i tandetny wystrój. Tyle, jeśli chodzi o negatywy, od tego momentu popadam w -achy i -ochy. Zapach smakowitych przypraw już od wejścia sprawił, że do ust napłynęła mi ślinka. Zapominając o tym, że nie doświadczę swojego ukochanego mięsa, wybrałem imitację wołowiny. Specjały utrzymane są w stylistyce orientalnej, ale większość użytych składników to (poza warzywami, oczywiście) seitan, tofu oraz tempeh. Wszystkie podane z ryżem bądź frytkami, są dopracowane i przemyślane. Dania są doskonale doprawione, podane w bardzo ładny sposób, sprawiają że oczekując na swój obiad, mało nie wsadziłbym nosa w talerz ludzi przy stoliku obok. Inspiracją są konkretne dania kuchni wschodniej, jako mięsożerca mogę stwierdzić, że nie tracą na wyłączeniu/zamianie części składników.

Co jedliśmy? Substytut wołowiny z ananasem – pyszny, bliski oryginałowi smak, przesiąknięty słodko-ostrym sosem, oraz „krewetki” z seitanu – tu dalej od oryginału, ale wciąż chrupiące, panierowane i bardo smaczne. Ceny nie są wysokie, wahają się pomiędzy 12-20zł. W ofercie znajduję się też desery i szeroka gama roślinnych napojów. Porcje są przeciętnej wielkości, jednak ja, nieprzystosowany do jedzenia wegańskiego, byłem głodny już po półtorej godziny od naszej uczty. Cóż, nie można mieć wszystkiego. Pewny jestem, że tu wrócę (sajgonki wyglądały przesmakowicie) i polecam wszystkim, którzy chcą spróbować czegoś „nowego”.


niedziela, 5 sierpnia 2012

ToTu Dumplings Bar

Chińska pierożkarnia, Niekłańska 33 lok 11


Dodaj napis


Damian: Od pewnego czasu odkrywam kulinarną stronę Saskiej Kępy, zachwycając się ilością oryginalnej i ciekawej kuchni, której możemy tu doświadczyć. Przykładem smaku rodem z Orientu, jest bar ToTu.

Beata: Ta niepozorna budka zlokalizowana przy ul. Niekłańskiej. Jej specjalnością są chińskie pierożki. Jedzenie pozytywnie zaskakuje. Jest oryginalne, smaczne i świeże. Mniejsze pierożki dostępne są w pięciu wersjach – z mięsem (wieprzowym, wołowym), kurczakiem, krewetkami, tofu bądź warzywami. Większe w dwóch – tradycyjne i słodko-kwaśne.

D: Uprzedzam, że wszystkie dania mają oryginalny, mocno azjatycki smak, który może nie podejść osobom przyzwyczajonym do spolszczonych „chińczyków”.

B: Co ważne, ciasto jest bardzo delikatne. Pierożki są gotowana na parze, dzięki czemu nie są wodniste ani tłuste, podawane z sosem na bazie sojowego.

D:  W ofercie znajdziemy też sałatki. Polecam pikantne nori (algi morskie), są wprost przepyszne.

B: Jest jednak jedna wada – porcje są stosunkowo małe, więc lepiej nastawić się na przekąskę niż obiad. Zapewne lepiej też jeść je w domu, korzystając z dostawy niż w ciągu blaszanych pawilonów, gdzie bar ma swoją siedzibę.

D:  Faktycznie nie polecam jedzenia w lokalu – pomimo podawania dań w oryginalnych, plecionych koszyczkach – nie jest to zbyt przyjemne miejsce. Dużą zaletą jest to, że prowadzona jest sprzedaż z dowozem, dzięki czemu pierożki mogą stać się ozdobą kolacji, gdy odwiedzą nas znajomi.

B: Co do cen, są przystępne – koszt sałatek to 8 zł, małych pierożków - 12 zł, a dużych - 15 zł.
Najważniejsze jest to, iż jedzenie jest dobre, a smak pierożków trudny do skopiowania. Miejsce warte odwiedzenia, a właściwie... pierożki warte spróbowania!

czwartek, 2 sierpnia 2012

Toan Pho

Chińczyk, Chmielna 5/7


Damian: Kto pamięta Stadion za lepszych, stoiskowych czasów, z pewnością nie zapomniał smaku lokalnej kuchni azjatyckiej. Lokalnej, ponieważ populacji w większości chińsko-wietnamska tworzyła mikroklimat, swoiste "Chinatown". Dziś, ten smak można odnaleźć w samym centrum, w nieco droższej, ale wciąż smacznej wersji. Lokalizacja barku jest świetna - idąc od Nowego Światu Chmielną, bar znajduje się w połowie pierwszego odcinka tej ulicy-tasiemca.

Beata: To bezapelacyjnie najlepszy chińczyk w Warszawie. Pyszne zupy - z kurczakiem, wołowiną, krewetkami, smażony ryż bądź makaron chiński - z wieprzowiną bądź wołowiną i chrupiące sajgonki. Dania mają oryginalny smak oraz wiele przypraw i ziół (samemu trudno by było skopiować taką mieszankę). Porcje są duże, a jedzonko zawsze gorące. Najbardziej lubię pyszną kurczakową zupę Pho, sajgonki i ryż z kurczakiem i warzywami.
D: Specjalizacją lokalu są zupy, jest ich spoty wybór: z kurczakiem, wołowiną, krewetkami, ślimakami... Moją ulubioną, jest powiększona Won-Ton, niesamowicie aromatyczna, nadziana owocami morza, przynosi na myśl wakacje na wybrzeżu. Dodatkiem wartym zamówienia są sajgonki - jadłem już wiele odmian tego azjatyckiego przysmaku, jednak wersja Toan Pho jest jedną z moich ulubionych. Wszystkie dania możemy doprawić pikantną pastą, która drastycznie zmienia smak potraw.

B: Lokal nie jest duży, aczkolwiek spokojnie można zjeść na miejscu. Ja przyzwyczaiłam się raczej do brania jedzenia na wynos, ponieważ wewnątrz unosi się dość silny zapach jedzenia i przypraw.
D:  Faktycznie bar jest skromny, ale czysty, jedynym problemem może być znalezienie miejsca w porze lunchowej.

B: Jakie są wady? W swojej kategorii bez wątpienia nie jest to najtańszy lokal z tego typu jedzeniem, jednak w tym przypadku warto zapłacić trochę więcej i zjeść naprawdę smacznie. Przykładowo, kosztu zupy, smażonego ryżu czy makaronu to 16 zł, sajgonek 11 zł, a dużej won-ton 22 zł.
D: Rzeczywiście ceny są stosunkowo wysokie jak na chińczyka. Ze względu na dużą ilość klientów w porze lunchowo-obiadowej problemem może też być dość długie czekanie w kolejce.
B: Skończyliśmy na wadach, jednak oboje absolutnie polecamy to miejsce, bez wątpienia wyróżnia się na „chińczykowej” mapie Warszawy.