Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bar. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 lipca 2013

Koszyki

do 20zł

Juliusz Dzierżanowski zaprojektował Halę Targową Koszyki na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku. Po licznych perypetiach i częstych zmianach właścicieli, pod skróconą nazwą ale za to z pełnym asortymentem, Koszyki powracają, pełniąc podwójną funkcję: gastrobaru (przekąska + drink) oraz targu żywności naturalnej.
Rozmawialiśmy z jedną z właścicielek.

Damian Dawid Nowak: Kto napełnia koszyki w Koszykach?

Koszyki: Producenci regionalni, m.in. Pan Ziółko, który własnoręcznie uprawia zioła, oraz importerzy z Grecji, Włoch i nie tylko. Nie chcieliśmy się skupiać jedynie na produktach regionalnych, bo takie bazary już istnieją, zależało nam na szerokim przekroju produktów. Cały czas szukamy, nie mamy skończonej listy dostawców, jesteśmy otwarci na propozycje.

DDN: A co zjemy na miejscu?

K: Jedzenie z produktów, które dostępne są na bazarze. Półprodukty, czy całe produkty dostępne na barze, na przykład ciasta, bierzemy od naszych wystawców. Przygotowujemy bardzo proste dania, coś pomiędzy tapas a przekąskami, można zamówić trzy dania w ramach obiadu, lub jedno, jeśli ktoś chce przekąsić coś dobrego.

DDN: Jakie są priorytety gastrobaru?

K: Zależy nam na niskich cenach, zarówno jedzenia, jak i drinków. W Warszawie przyjęło się, że albo idziemy na wódkę i piwo, albo do eleganckiego coctail baru. My chcemy stworzyć alternatywę z drinkami w cenie do piętnastu złotych. W innych barach jest to kwestia około dwudziestu pięciu złotych - dla mnie, jest to cena kolacji z napojem. Nie chcę rozdzielać gastronomii od alkoholu, zwłaszcza, że bez przekąszania nie jestem w stanie wypić wielu drinków (śmiech)

DDN: Kto jest pomysłodawcą projektu?

K: Tu będzie cała litania! Justyna, Basia, Marysia - trzy siostry, oraz Tomasz i Filip.


Spróbowaliśmy trzech przekąsek: ziemniaczków, wołowiny po burgundzku oraz sałatki z komosy. Wołowina gotowana z marchewką, bardzo delikatna, wręcz rozpadała się w ustach. Sos miał bardzo wyrazisty smak, dobrze pasujący do pieczonych ziemniaków, które były przyprawione rozmarynem. Bardzo podobne robię czasem w domu, może czas wrzucić przepis? Najciekawszą pozycją była zachwycająca sałatka z komosy, wyraźnie smakująca cytryną. Prawdziwą, nie aromatem! W środku bób, awokado, wyczuwalne nuty chilli i kminu.

W planach mamy udać się tu na mocne drinkowanie, więc niedługo możecie się spodziewać uzupełniania artykułu o paręnaście procent.  



Tak podawane są przekąski.
Rzut z lotu ptaka (czy raczej z długości mojego ramienia).

Ciasta i tarty, gdy ktoś uparty.

Rozmowy na szczycie.
Ziemniaczki z rozmarynem i wołowina po burgundzku.

Sałatka z komosy.
Chcę być vintage.

Ponieważ koszyki to nie tylko restauracja, zasłużyły na cały katalog zdjęciowy na naszym FB!

wtorek, 2 lipca 2013

Parking Bar

 www.facebook.com/barparking

W ostatni piątek, na piętnaście minut przed oficjalnym otwarciem, mieliśmy przyjemność wypić za zdrowie nowego projektu - Parking Baru, otwartego na parterze dobrze nam znanego, artystycznie grafficianego parkingu przy Nowogrodzkiej. Dobra lokalizacja, choć w obliczu masy knajp w pobliżu - ryzykowne zagranie.

Wchodzę do środka, uwagę przykuwają wiszące siedzenia zrobione z opon i łańcuchów. Gdyby nie łańcuch przytwierdzający je do podłogi, to byłyby identyczne, jak obiekt moich dziecięcych zabaw. Trudno, nie pohuśtam się, ale wypić mogę, zawsze jakaś rekompensata. Cały wnętrze zostało dostosowane do parkingowych potrzeb - ściany zdrapane do oryginalnego, niebieskiego koloru, chromowany bar z butelkami za drutem, lusterka samochodowe w ubikacji. Dobry pomysł, dobre wykonanie, spójna wizja uzupełniona o drinki podawane w słoikach.

Drinki, czyli esencja zabawy. Właścicielami przybytku są czterej dżentelmeni, wszyscy znani z działalności barmańskiej, dlatego spotykamy się tu z oryginalnymi kompozycjami z dobrych składników (zaopatrują się m.in. w Koszykach - osobny artykuł wkrótce). Podczas moich dwóch postojów w Parkingu, zdążyłem spróbować: Buraka, Denaturatu oraz czegoś słodkiego z truskawkami. Po kolei: Burak to smakująca niczym chłodnik (zupa) mieszanka piwa imbirowego, wódki oraz... buraków. Cichy zabójca - szybko wypity, zwala z nóg, zwłaszcza, że wchodzi jak... zupa. Denaturat o barwie godnej nazwy jest mocno owocowy, czuć też atrakcyjną w tym przypadku nutę cukru waniliowego. Ten ostatni nie sprawdził się w przesłodzonej wersji truskawkowej, może dlatego nie zapamiętałem nazwy drinka (nie ma go też we wstępnej karcie). Czekam na więcej propozycji, zdobyliście mnie oryginalnością.

Parking stanie się drugim po Pawilonach miejscem, gdzie mogę przyjść na całkowity chillout. Dobry klimat, ładna obsługa, do tego obietnica licznych koncertów w różnych stylistykach - czekam na rockabilly!

Parking w całej okazałości, lokal na dole po prawej.

Ekipa założycielska.

Warto tu przyjść dlatego...


...i dlatego.
Burak.


 Więcej zdjęć dostępnych jest na naszym facebooku!


poniedziałek, 17 czerwca 2013

BreadBar

https://www.facebook.com/pages/BreadBar/

Gdy robię dla siebie zakupy, chleb w koszyku gości wyjątkowo rzadko.
Po pierwsze ze względu na linię, a po drugie jakość wypieków - nawet w piekarniach osiedlowych są bardzo różnej jakości. Na szczęście, powstają miejsca takie jak BreadBar, gdzie nie tylko można kupić tradycyjnie wytwarzany chleb, ale zjeść i napić się wina. Plusem jest równiez to, że chleb (przynajmniej rankiem) dosłownie rośnie na naszych oczach. Wystrój wnętrza przypadł mi do gustu - surowa szarość, połączona z drewnianymi panelami, starannie wybrane, pofabryczne lampy, oraz wielkie stoły.
Miałem przyjemność rozmawiać z właścicielami miejsca.

Damian D Nowak: Praca od zera?

BreadBar: Lokal, w którym się znajdujemy dawniej był sklepem. Nie mieliśmy doświadczenia budowlanego, wszystkiego uczyliśmy się na bieżącą, na przykład w trakcie wyburzania ścian (śmiech). Jedynym co zostało po starym lokalu, jest wentylator.

DDN: A doświadczenie kulinarne?

BB: To na szczęście jest, Sandra (żeńska część duetu) prowadziła kursy gotowania, choć z wykształcenia jest filologiem. Stworzyliśmy miejsce, do którego sami chcielibyśmy chodzić, którego nam brakowało. Kuchnia skupia się wokół chleba, bazujemy na kanapkach. Jesteśmy otwarci na sugestie, każda pozycja może być przerobione według preferencji gości.

DDN: Który chleb polecacie?

BB: Figa-orzech - nasz hit, oraz pszenno-żytni. Cały chleb jest robiony na naszym zakwasie, mąkę mamy z prawdziwego młyna. Po tygodniu chleb jest nadal świeży i smaczny.

DDN: Tak młody lokal, a już są hity?

BB: Dość szybko wytworzyło się grono bywalców. Atmosfera spokojna, przyjazna, często stoły się łączą i to nam się podoba.

DDN: Co poza chlebem?

BB: Można napić się wina: są włoskie i chilijskie, sami szukaliśmy czegoś dobrego i łatwego.  Sprowadzamy też sery, choć mamy sporo polskich produktów. Nie mamy towarów typowo komercyjnych, nie kupicie u nas Coca Coli.

Rzeczywiście, figa-orzech odznaczała się niesamowicie intensywnym, jak na chleb smakiem i gęstą konsystencją. Pomimo tego, nie czułem się po kanapkach ociężały, co przywraca mi wiarę w pieczywo. A co do serwowanych posiłków: kanapki na świeżym, często jeszcze gorącym, chlebie i jajka w kokilkach oczawały mnie smakiem. Zdecydowanie mogę polecić BreadBar - tak ze względu na potrawy w karcie, jak i na domową, spokojną atmosferę.


Świeży chleb.

Właściciele wczesnym rankiem.

Kanapka z prosciutto, parmezanem i bazylią.

Kanapka z pomidorkami koktajlowymi.

Jajka w kokilkach.

Kanapka ze śledziem.
Wejście.

czwartek, 25 kwietnia 2013

Bobby Burger

do 25zł
 https://www.facebook.com/burgerbobby


Quest w poszukiwaniu najlepszego, warszawskiego burgera, zdaje się nie mieć końca! Tym razem zaprowadził nas na ulicę Żurawią, nieopodal wyśmienitego Butchery and Wine. Bobby zachęca przeszklonym wejściem i ascetycznym zagospodarowaniem niewielkiej przestrzeni. Wciąż dalecy od znudzenia burgerami, dzielnie przemy po dzisiejszy obiad.

W środku wita nas miła, kompetentna obsługa. Wybieramy burgery - ja, jak zwykle z bekonem, moja towarzyszka za to wybiera klasycznego cheesa. Dość długo czekamy pomimo tego, że w lokalu nie ma tłumów. Pierwszy plus za podanie - tacka wyłożona papierem, na niej naprawdę spory burger, złociste frytki, oraz kawałek... melona! Świetny pomysł, odświeżający dodatek, po masie lepszych lub gorszych wariacji na temat colesława.

Same burgery trafiają w mój smak, zwłaszcza mięso jest godne uwagi. Niestety, w każdym znalazłem sporą ilość jalapeno (rodzaj papryki chilli, dość pikantne), co z miejsca odstraszy fanów łagodniejszych wersji. Osobiście nie mam nic przeciwko, jednak powinna być opcja bez tego dodatku, zwłaszcza, że nie występuje on w klasycznych burgerach. Frytki ok, chyba moja walka o prawdziwe ziemniaki zaczyna odnosić skutki ;)

Dobre miejsce z burgerami w konkurencyjnej cenie. Luźna atmosfera, dogodna lokalizacja i ciekawe dodatki, z pewnością tu wrócę.



Bramy.


Melon udaje frytkę :)
Agata się przymierza.

sobota, 6 kwietnia 2013

Boca Burger

Nieopodal kampusu głównego Uniwersytetu Warszawskiego, parę kroków od ulicy Nowy Świat, w budynku, który wcześniej kojarzył mi się z kuchni rosyjską (Babooshka) oraz fajkami wodnymi (Kafefajka), znaleźliśmy całkiem dobrą burgerownię, o zróżnicowanej ofercie.

Ze wszystkich nowootwartych burgerowni, Boca Burger ma najbardziej przemyślane wnętrze. Kraciaste logo koresponduje z ladą i stolikami, drewniana wycinanka na ścianie dodaje uroku, choć jako fan konstrukcji drewnianych, jestem wybitnie nieobiektywny.

Zdecydowałem się na Boca Balboa, z dodatkiem rukoli, pesto i suszonych pomidorów. Sam zwykłem robić zapiekankę z wołowiną, makaronem i wyżej wymienionymi składnikami, więc wiedziałem, że źle nie trafię. Moja towarzyszka zaryzykowała, i zdecydowała się na opcję z serem feta i pomarańczą. O ile ja byłem bardzo zadowolony, tak ładniejsza strona stolika w połowie się poddała, pozbawiając kanapkę słodkich dodatków. Muszę pochwalić mięso - bardzo dobra konsystencja i wysmażenie, Colesław też zrobił na mnie dobre wrażenie. Niestety, nie mogę tego powiedzieć o frytkach - czy ja naprawdę tyle wymagam, chcąc poczuć ziemniaka?

Przyzwoita burgerownia o zmieniającym się, zróżnicowanym menu. Dobra lokalizacja, przyjemne dla oka wnętrze, sympatyczna obsługa. Czego chcieć więcej (poza lepszymi frytkami)? 
Szyld nam się podoba.


Aranżacja wnętrza również.


Asia śmieje się do burgera.


Boca Balboa

piątek, 18 stycznia 2013

Gorący temat: higiena w małej gastronomii.

Wychodzę z rozgrzanego pomieszczenia w chłodną, styczniową noc. Do domu jest daleko, a droga bez dodatkowej ilości kalorii może okazać się zgubna. Na szczęście, niczym cudowna odpowiedź na moje modlitwy, po przeciwnej stronie ulicy dostrzegam budkę z hamburgerami/zapiekankami/kebabami. Zbawienie!




Wycierając strużkę śliny rękawem, biegnę przez zaspy po wymarzony kawałek mięsa w przypieczonej bułce. Zamglony późną porą i trującymi roślinami wzrok nie zauważa tego, co na codzień nie trafiłoby nawet na bloga, bo wstyd się przyznać do spożywania tego typu zbrodni na bezbronnym jedzeniu. Choć nawet nie bezbronnym, biorąc pod uwagę potencjalny skład takiego hot-doga: keczup, który pomidorów nie widział, nadmuchana bułka (E280-281, E310-312, E330), o parówce już nie wspominając.



 "Zwykli ludzie nie powinni wiedzieć jak się robi parówki i jak wyglądają kulisy polityki"

-Otto Von Bismarck


Zapominam o składzie, w końcu nile stoję pod tą budką dla najświeższych składników, tylko dla prostackiej orgii chemicznego smaku. Ale zanim będę w stanie wpakować do ust pierwszy, ogromny kawał żarcia, pan Sprzedawca musi pobrać opłatę. I ma na sobie rękawiczki plastykowe, ale co komu po nich, skoro do inkasowania pieniążków ich nie zdejmuje? 

Ma na podorędziu jakieś narzędzia - niby osobne do nałożenia sałatki, osobne do parówki, pełna kultura. Ale pod budką zrobił się tłum, zmysł ekonomiczny i obawa przed buntem sprawiają, że wszystko nakłada jednym chwytakiem, odkładając go na ladę w trakcie przekazywania żarła. 


Czasem zdarza się, że to nie budka, a lokalik o powierzchni użytkowej do 50m2. Tu już splendor i bogactwo, można usiąść razem z dresami na chybocących się stołkach i zjeść na siedząco, jak na dżentelmena przystało. Szkoda, że wentylacja w tych miejscach nigdy nie działa, tworząc małą klatkę pełną dymu i łokci*.



Budzę się rano, moje ubranie w najlepszym wypadku pachnie smażenizną, w najgorszym jest upaćkane zaschniętym sosem. Mam kamień na żołądku, a na sumieniu plamę - przyczyniłem się do rozwoju bylejakości. Bo to, że lokal jest mały, nie znaczy, że musi serwować złe jedzenie, podane w odrażający sposób. Niemym apelem grzesznika, który wielokroć zbłądził, i pewnie zdarzy mu się to jeszcze nie jeden raz: nie przepłacajmy za bylejakość



*nieważne ile jest osób w środku, zawsze nadziejesz się na czyiś łokieć.



sobota, 12 stycznia 2013

Meat Love

Nieopodal mojego starego wydziału ("Hoża 69. Najlepsza pozycja w mieście."), w piwnicy starej kamienicy, powstał mały, ale za to już samą nazwą trafiający w moje gusta lokal. Od wejścia czuć mięsną ekspertyzą i do tego można sprowadzić całą recenzję.



Bez zbędnych słów.

Zdegustowaliśmy pieczenie - pulled pork oraz porchetta, obie podane w pieczywie, na modłę burgera. Pulled pork w bułce i ze świetną, czerwoną cebulą zachwycił delikatnym, soczystym smakiem. Łopatka wieprzowa, długo smażona w niskiej temperaturze, uzyskuje przyjemną miękkość. Porchetta za to przypominała pokrojoną na kawałki golonkę z mocnym aromatem bekonu. Mocno przyprawione mięso o wyraźnym charakterze świetnie komponowało się z suszonymi pomidorami oraz ciabattą.



Gdyby lokal znajdował się w bardziej dogodnym dla mnie miejscu, stałby się standardem lunchowym. Do odwiedzin zachęca nie tylko świetna kuchnia, ale i przemiły właściciel, otwarty na sugestie i opinie. Do tego niedawno zaczęto prowadzić sprzedaż alkoholu, co jest miłą alternatywą dla domowej lemoniady. Na stole brakowało nam chusteczek - jedząc tego typu dania, nie sposób się nie upaćkać.



Pulled pork


Porchetta

poniedziałek, 19 listopada 2012

Bistro Bar Toscana

W miejscu dawnego kina Sawa, w sporym gmachu na skrzyżowaniu francuskiej i zwycięzców, znajduje się bistro o zachęcającym, jasnożółtym szyldzie. Do Bistro Bar Toscana, bo o niej mowa, chciałem wybrać się już od dłuższego czasu, zwłaszcza, że lokale w tamtym budynku często ulegają transformacji/likwidacji (lubiany sklep z artykułami z Rosji, RIP).


W lokalu podawana jest lekka kuchnia włoska, w przystępnych aranżacjach. Lokal jest dość zatłoczony w porze lunchu, co nie jest trudne, biorąc pod uwagę jego małą powierzchnię. Samo pomieszczenie ma charakter galeriowego foodcourta, nadrabia za to dobrą obsługą.



Zdecydowaliśmy się na zestaw lunchowy, w skład którego wchodził rosół oraz kurczak z warzywami. Niestety, obyło się bez zachwytu. Rosół dość cienki, nie miał głębokiego smaku, którego zawsze szukam w naparze. Sałatka podana do drugiego dania przypomniała mi o szkolnej stołówce - sucha i papierowa. Samo mięso, pomimo rzadkiego sosu, "ujdzie w tłoku". Jest wiele restauracji, gdzie za dwadzieścia pięć złotych otrzymamy lunch o znacznie wyższej jakości.






niedziela, 7 października 2012

Bar Nam Sajgon

Pomimo mnóstwa czasu spędzonego na Chmielnej i w okolicznych chińczykach, do Nam Sajgon trafiłem dopiero ostatnio. Winą obarczam bliskość Toan Pho, mojego faworyta wśród szybkiego orientu. Motywacją do odwiedzenia Bar Nam stała się towarzyszka czwartkowego lunchu, zatwardziała mięso-sceptyczka, chętna sprawdzić ofertę wegańską/wegetariańską.

Kto bywał na Stadionie, zanim ten był najdroższym i najbardziej okratowanym w Europie, pamięta Bar Nam jako konieczny przystanek, odrobinę prawdziwej kuchni wietnamskiej. Na Brackiej zmianie uległa forma, ale nie treść: nadal Bar oferuje szeroką gamę zup Pho, owoców morza oraz ryżowych naleśników. Wybór ułatwia graficzna karta, z dużymi zdjęciami, które pokazują jak danie (naprawdę) wygląda.

Na pierwszy ogień poszły sajgonki. Pokrojone i podsmażone (czyli podane w sposób wietnamski), były pełne krewetkowo-wieprzowego farszu. Pomimo tego, że były dość tłuste, bardzo dobrze komponowały się z sosem i surówką. Główną atrakcją stał się dla mnie Banh xeo, fuzja kuchni francuskiej i indochińskiej. Naleśnik był gruby, ale delikatny w smaku, pełny farszu z krewetek i kiełków sojowych. Podany z sosem rybnym (nước mắm), był jednym z ciekawszych azjatyckich doznań, choć dosyć monotonnym.

Co do kuchni wege, oddaje głos Gwieździe tego posta, Klaudii:

Nie wiem dlaczego – może to mój wrodzony brak ciekawości (albo równie silnie wrodzone lenistwo) – ale zawsze trzymałam się jednego, ulubionego „chińczyka”. To samo tyczy się samego wyboru jedzenia – zawsze zamawiałam to samo, znając na pamięć skład i smak potrawy. Nie ryzykując zbyt wiele (oraz nie mając zbyt wielkiego wyboru), podczas odwiedzin w Barze postawiłam na sprawdzony smak, czyli ryż z tofu i warzywami. Wielkim zaskoczeniem była obecność świeżych, sezonowych warzyw. Niestety, tak miłym zaskoczeniem nie było już tofu, które było dobre, ale przeciętne. Najgorszą częścią była surówka z przesadną zawartością soku z cytryny. Wszystko to podane w ogromnej ilości, niemożliwej do zjedzenia przez jednego wegetarianina.

Bar Nam Sajgon jest miejscem dobrym na szybki lunch z przyjaciółmi. Umiarkowane ceny, luźna atmosfera i specjały kuchni wietnamskiej sprawiają, że będziemy wracać. Z drugiej strony, nie ma tu nic nadzwyczajnego i dlatego wciąż traktuję to miejsce jako "chińczyka", a nie restaurację.




czwartek, 4 października 2012

Czarna.bar

Tam gdzie dawniej była znana światowi klubowemu Organza, teraz znajduje się nowy, zyskujący na popularności lokal. Przez szybę zaglądałem z zaciekawieniem, głównie przez informację o kucharzu "w tygodniu od 16".
-Hmm, żeby utrzymać lokal tej wielkości w centrum, muszą podawać boską kawę - pomyślałem.
17:30, jestem na miejscu, uzbrojony w ciekawość i spory apetyt.

Wnętrze z założenia jasne i przestronne, sprawia wrażenie nie do końca wyremontowanego. Możliwe, że taki był zamysł, jednak ostatnio jest to zbyt często spotykane i nie mogę zaliczyć inplus. Stoliki są w sporej odległości, generalne poczucie przestrzeni sprawia, że czułem się dość dobrze. Piętro ma galerię, przez co można spokojnie obserwować ulicę, bądź ekran znajdujący się na ścianie. Muzyka, delikatna i dobrze dobrana - wprowadza przyjemny nastrój.

Jedzenia jest mało. W karcie, łącznie z przekąskami, jest może z sześć pozycji. Dlatego od razu spytałem o ofertę specjalną i nie zawiodłem się - wybraliśmy kaczkę oraz kurczaka z warzywami. Kaczka jest przyrządzona bardzo prosto, podana za to z usmażonymi ćwiartkami ziemniaków, buraczkami oraz pieczonym jabłkiem faszerowanym dżemem. Zestawienie smaków udane, danie zdecydowanie nieprzekombinowane, wpasowuje się w stylistykę lokalu. Kurczak, niestety, jest rozczarowujący i nudny, do tego warzywa mocno smakują oliwą. Nie jest to złe, sugeruje użycie dobrej jakości produktów w kuchni, jednak jedząc cukinię, chciałbym poczuć jej smak. Duży plus należy się za podgrillowanie pomidorków na gałązce.

Nie wrócę tu na obiad, chyba że karta zostanie rozbudowana, a godziny pracy kuchni wydłużone. Za to polecam jako kawiarnię - wybór napojów imponujący, zaczynając od herbat smakowych, przez nasze ulubione czarne, kofeinowe chwile szczęścia, po modne africole. Inne butelki na barze sugerują całkiem przyjemną opcję wieczorną. Obiekt ma spełniać rolę galerii sztuki, i w tym widzę jego potencjał.




wtorek, 28 sierpnia 2012

Cheng Way

 Bar kanapkowy, Chmielna 10


Beata: Pomysł jest prosty, chrupiąca bagietka, a w niej warzywa, sos i w zależności od upodobań – kurczak, wieprzowina, wołowina bądź tofu. Wydaje się, że lokal ten jest kopią SubWaya. Owszem, specjalizacja jest podobna, jednak Cheng Way tę rywalizację, przynajmniej moim zdaniem, wygrywa. Lokal umiejscowiony jest przy niewielkim placu przy Chmielnej, tuż obok przejścia na ulicę Górskiego.

Damian: Przez długi czas lokal ten budził moją wesołość, a to głównie z powodu nietypowych godzin otwarcia. Bo kiedy jemy kanapki? Zwykle rano, jako śniadanie, ewentualnie lunch lub na kolację. Z tych trzech możliwych posiłków, w Cheng Wayu mogliśmy zjeść jedynie lunch, ponieważ w innych godzinach był... zamknięty. Obecnie, godziny otwarcia wydłużyły się, jednak wciąż nie zjemy tu przed 11, ani po 20. I co z tego, że Chmielna? Że masa ludzi weekendowo (i nie tylko) poszukuje nocnej przekąski? W Cheng Wayu nie robi się tego dla kasy ;)

B: Co  zabawne, nawet w czasie Euro, gdy wszystkie knajpki zlokalizowane w okolicy wydłużały godziny otwarcia i zamknięcia, Cheng Way był czynny normalnie, tak, aby czasem kibice wracający z meczu nie mieli możliwości przekąsić bagietki, których sprzedaż byłaby w tych dniach zapewne rekordowa, również ze względu na sąsiedztwo alkoholowego, do którego to kolejka była bardzo długa.

D: Co do samych kanapek, mam mieszane odczucia. Po pierwsze, jakość podanego produktu różniła się podczas kilku moich wizyt. Generalnie, warzywa są świeże, bułka chrupiąca, a koszt niższy niż w konkurencyjnym Subwayu. Sosy orientalne, ale jest możliwość skomponowania bułki bez wschodniego śladu. Co do nadziewki, polecam grillowaną wołowinę oraz tofu - pomimo okazjonalnej łykowatości pierwszej, zwykle byłem zadowolony wyrazistym smakiem i dużą ilością w bułce. Zdecydowanie odradzam oleistą cebulę, która namacza kanapkę utrudniając jedzenie, oraz nie jest najsmaczniejsza.

B: Jeszcze do niedawna Cheng Way oferował również bubble tea. Ta jednak w tym miejscu nie smakowała  najlepiej. Była nieco za słodka, a tapioka nieco topiło się w tym gorącym miejscu. Także strata niewielka;)

D: Wielkim minusem lokalu jest panująca w nim nieziemska temperatura. Najlepiej zamówić kanapkę i poczekać na zewnątrz, bo oczekiwanie w kolejce wewnątrz lokalu może spowodować przepocenie koszulki.

B: Trudno mówić o atmosferze tego miejsca, to raczej miejsce typu „kup i zabierz”. W ładny dzień można przysiąść przy jednym z kilku stolików, które znajdują się tuż przed lokalem.
Jak wspomniał Damian we wnętrzu Cheng Waya jest wprost niemiłosiernie gorąco. Jednak z rozmowy z obsługą wywnioskowałam, iż z utęsknieniem wyczekują obiecanej klimatyzacji.
Znacznym plusem są niskie ceny bagietek, koszt małej to 7/8zł, a dużej to ok.  13 zł. Dla mnie mniejsza wersja (15cm) zaspokaja głód na dobrych kilka godzin.





poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Barn Burger

Burger Bar, Przeskok 2



Beata: Klimat nadmorskiej knajpki w samym centrum miasta to moje pierwsze skojarzenie po wizycie w nowopowstałej burgerowni przy ul. Przeskok. Świetne mięso, chrupiąca bułka, przepyszne sosy, dla nielubiących burgerów chrupiąca quasadilla a przy tym sympatyczna i uśmiechnięta obsługa oraz fajna playlista w tle, czego chcieć więcej w piątkowe popołudnie!

Damian: Ku uciesze mojego mięsnego serduszka, Warszawę ostatnio opanowały dwa trendy: bubbletea i co ważniejsze, hamburgery! Lokal znajduje się na ulicy Przesmyk, w wielofunkcyjnym budynku znanym z szybko otwierających się i padających biznesów. Mam nadzieję, że Barn Burger to nie spotka, bo jest jedną z moich ulubionych hamburgerowni.

B: Faktycznie początek lata obrodził w wyrastające jak spod ziemi lokale serwujące bubbletea, teraz zbliża się jesień (w Warszawie jej aurę odczuwamy już od kilku dni), a nią popyt na nieco bardziej sycące smaczki, zapewne stąd nagłe zainteresowanie tą działką gastronomii.
D: Buregrownia ma świetny klimat tworzony przez sympatyczną obsługę oraz trafioną muzykę (playlista rockowych klasyków). Wadą jest umiejscowienie toalety – jak za czasów PRL-u, trzeba pobrać kluczyk, obejść budynek dookoła, znaleźć drzwi zamalowane sprayem... Pora na przygodę.
B: W karcie znajdziemy burgery i odrobinę kuchni tex-mex. Czas na opis głównej atrakcji tego miejsca-burgera, tu jak zwykle chwila dla Damiana;)
D: Hamburger, którego zamówiłem (HeartAttack) był bardzo dobry, duży i soczysty, o sprężystej, świeżej bułce i dobrze dobranej nadziewce. Boczek wesoło chrupał, gdy wgryzałem się w czystą wołowinę. Do tego w zestawie były grube frytki, oraz salsa i – uwaga – sos barbecue! Idealne zestawienie.
B: Moja quasadilla smaczna, chrupiąca, wypełniona serem i cebulką, podana w ładny sposób. Jednak... jednak wsadu mogłoby być więcej.
Siłą rzeczy nasuwa mi się porównanie z ostatnio odwiedzaną przez nas burgerownią (Burger Bar przy Puławskiej, nasz opis: http://goodplacewarsaw.blogspot.com/2012/08/burgerownia-ul.html). Moim zdaniem wszystko przemawia za Barn Burgerem: lokalizacja, obsługa, sposób podania, cena, a przede wszystkim atmosfera. Damian wspominał, iż bar przy Puławskiej oferuje lepsze mięsko. Ja nie wyczułam różnicy. Bar przy Przeskok oceniam absolutnie znacznie wyżej. Tu chce się wracać, tam, cóż – niekoniecznie.
D: Relacja cena/jakość jest rozsądna, otrzymujemy sporą (200g) porcję mięsa w burgerze i większą (300g) w steku. Do tego limitowane burgery, z różnymi dodatkami sprawiają, że jest po co wracać. Smak i lokalizacja nie pozastawiają wiele do życzenia, więc bez wątpienia jest to miejsce godne polecenia.












niedziela, 5 sierpnia 2012

Burger Bar

Burger Bar, ul. Puławska 74/80
Beata: Dziś o burgerach. W tej kwestii niemal całkowicie oddaję głos Damianowi – absolutnemu fanowi wołowiny. Sama za tym gatunkiem mięsa nie przepadam, a Burger Bar odwiedziłam raczej dla towarzystwa. Teoretycznie w tym miejscu na co dzień dostępna jest też niewołowinowa wersja hamburgera - z wieprzowiną. Tego dnia jednak alternatywa ta nie wchodziła w grę i jedyną opcją dla mnie były krewetki.

Damian: Burger Bar umiejscowiony jest przy ul.  Puławskiej 74/80. Lokalizacja tego baru jest zarówno jego plusem, jak i wielkim minusem. Zaletą, jest dostępność dla wszystkich pracujących na bliskim Mokotowie oraz prosty dojazd komunikacją miejską (tramwaj zatrzymujący się dosłownie obok baru). Wadą jest pobliski skup złomu, przez co siedzenie w ogródku skutecznie uprzykrzają lokalni „byznesmeni”.
B: Oboje z Damianem mamy dość mieszane uczucia, co do tego baru. Tym bardziej, że tuż przed wyborem burgerowi, naczytaliśmy się niezwykle entuzjastycznych opisów tego miejsca. Tymczasem...
D: Gdybym miał ocenić samego burgera - jestem wniebowzięty. 100% wołowiny, doskonałe przyprawy, świeża bułeczka i soczyste nadzienie. To wszystko sprawiło, że moje kubki smakowe miały ochotę kupić pierścionek z brylantem i nawet nie prosić rodziców o błogosławieństwo.
B: Moje krewetki, były smaczne, choć dopiero co rozmrożone nie zdążyły przejść smakiem. Nieco dziwne było ich zestawienie z nachosami i niesfornie naciapanym sosem pomidorowym.
D: Tak, mój burger także dotarł z nachosami. Rozumiałbym to w przypadku meksykańskiej wersji tego dania, jednak jak widać był to standardowy dodatek do wszystkich dań. Wtf? Chyba nie powiecie, że to tańsze od frytek? Ponadto burger nie broni się sposobem podania – w plastykowym koszyczku.
B: Co zniechęciło mnie do ów burgera to również fakt, iż nie dodano do niego sztućców, a był stanowczo zbyt duży, by jeść go bez ich użycia (ja bez wątpienia nie poradziłabym sobie z tym zadaniem). Ponadto wypływała z niego duża ilość sosu.
D: Sam lokal jest brzydki. Szare wnętrze pasuje bardziej na magazyn niż restaurację. Druga kwestia - cena. Jak na tego typu miejsce, nie powinna być wygórowana. Otóż za mojego podwójnego burgera zapłaciłem 35zł. Rozumiem, że wołowina jest droga, a dobre przyprawy też potrafią kosztować, jednak ze względu na całokształt, muszę policzyć to na minus.
B: Owszem, ceny są mocno wygórowane. Koszt krewetek to 3,5 zł za sztukę. Tego samego dnia na kolację samodzielnie usmażyliśmy te owoce morza, których to cała patelnia kosztowała dwadzieścia parę złotych.
 D:  Restauracja ratowałaby się dojazdami – pyszny burger w domowym zaciszu, mmm.... Niestety, tego nie doświadczymy.