Pokazywanie postów oznaczonych etykietą do 20zł. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą do 20zł. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 grudnia 2013

Burrito Bandidos

do 20zł
www.facebook.com/burritobandidospl

Kiedy za oknem zimno, kiedy za oknem źle, wolałbym w Meksyku znaleźć się!

Żenujący pseudowierszyk jest wstępem do naszej krótkiej rozmowy z właścicielem nowo otwartego streetfoodu - Burrito Bandidos. Lokal nastawiony jest na formę "na wynos", wnętrze szokuje intensywnymi kolorami, nie tylko ścian, ale i samych składników.

Damian Dawid Nowak: Jaki jest pomysł na lokal?

Burrito Bandidos: Zdrowa żywność zainspirowana Meksykiem. Świeże warzywa, mięso, na tym zależy nam najbardziej. No i rozmiar - ponad pół kilograma, największe burrito w mieście.

DDN: Czy to Meksyk, czy wersja spolonizowana?

BB: Wersja spolonizowana. Jalapeno (ostre papryczki) są dodawane na życzenie, nie dodajemy pinto: czerwonej fasoli i czarnej fasoli. Ta ostatnia wymaga przygotowanego żołądka - dla kogoś nieświadomego próba może skończyć się źle. Z czasem jednak, na wyraźne życzenie, zamierzamy wprowadzać i te produkty. Pszenne placki podajemy w dwóch wersjach: białej i gruboziarnistej.

DDN: Dla kogo gotuje Bandyta?

BB: Jesteśmy nastawieni na szeroki przekrój klientów, trochę uczymy ludzi, czym jest burrito. Można wygodnie wziąć na wynos: do pracy lub szkoły, można także zjeść przy ladzie na miejscu.

Samo burrito zachwyca rozmiarem i ilością składników. Rzeczywiście, mamy tu bardziej do czynienia z popularnym obecnie wrapem, niż z oryginalnym, meksykańskim burritem. Warzywa i mięso zgrabnie komponują się w wysokoenergetyczną całość, która jeśli o streetfood chodzi, wygrywa z większością nowo otwartych burgerów. Podoba mi się możliwość doboru składników - są dobrze wyeksponowane za ladą, od razu chwalę własnej roboty guacamole. Jeśli nie odrzucają cię fuzje różnego rodzaju kuchni, polecam Burrito Bandidos - nie tylko ze względu na dobrą relację jakość/cena, ale przede wszystkim ze względu na świeże i dobre jedzenie.








niedziela, 10 listopada 2013

Bar mleczny "Prasowy"

 www.facebook.com/pages/Bar-Mleczny-Prasowy/163948010371907
do 20zł

Są miejsca z historią i są miejsca, które są historią.
Bar mleczny "Prasowy" należy do tej drugiej kategorii. Od dumnego neonu nad wejściem, z podpisem "...od 1954", przez nawiązujący do czasów wystój, po zawarte w lokalu wspomnienia: fragmenty oryginalnych, ceramicznych płytek w posadzce, czy ułożone z literek na szklanych tablicach, requiem dla niedawno wyburzonych budynków (pawilon Chemii na Brackiej, Supersam). Oczekując kuchni a'la Babcia, staję w dość długiej kolejce. Przy stoliku obok,zauważam zaprzyjaźnionego literata, pochylonego nad talerzem zupy - historię tu pamiętamy, historia się tu tworzy.

Próbujemy klasyki - pierogów z mięsem, polanych skwarkami, oraz czegoś nowocześniejszego - kurczaka w sosie koperkowym z ryżem. Kurczaka dostaję od razu, na pierogi trzeba czekać ok. 15 minut. Pierwsze wrażenie bardzo pozytywne - od zapachu, przez kolor sosu i rozmiar porcji - tego oczekuję od barów mlecznych. Mięso dobre, sos mocny, dominujący, kremowy. Dochodzą pierogi, są gorące, prosto z wody, polane tłuszczykiem i skwarkami. Dobre, choć mogłyby być nieco mocniej doprawione.

"Prasowy" to nie tylko świetny bar mleczny, ale ceniona część warszawskiego krajobrazu, która swoje przetrwanie zawdzięcza warszawskim aktywistom. Warto wpaść na leniwe, wypić tu kompot i poczuć oblicze Warszawy innej od lansowanego w mediach, biało - obrusowego, pseudo zachodniego image'u.

Prasowy wita Was.

Kurczak w sosie koperkowym.

Pierogi z mięsem.

Ozdoby około Halloweenowe.

!

piątek, 8 listopada 2013

Manekin

do 20zł
 https://www.facebook.com/ManekinWarszawaFanPage

Manekin to polska sieć naleśnikarni, która narodziła się w Toruniu i skutecznie rozprzestrzeniła po większych miastach. Ja zapoznałem się z ich daniami w Poznańskiej placówce. Pomimo budzącego grozę słowa "sieciówka", Manekin prezentował bardzo wysoki poziom: wystrój, obsługa i jedzenie należały do najlepszych w swojej kategorii cenowej. Otwarta niedawno przy Marszałkowskiej, wersja warszawska mnie nie zawiodła - i nie tylko mnie, bo sprawdzona receptura zapełnia lokal po brzegi już od otwarcia.

Wystrój wnętrza zainspirował motyw manekina z logo restauracji. Brawa dla architekta wnętrz, pomysł zrealizowany po mistrzowsku: z malowideł spoglądają na nas akrobaci, nad jednym ze stolików unosi się gigantyczny melonik-lampa (Alex DeLarge??) oraz sam manekin, z obojętną miną spada na bar.
Zamawiamy dwa naleśniki na słono: meksykański na ostro dla mnie, oraz odważne połączenie:  suszone pomidory, szynka i mozzarella dla mojej towarzyszki. I tu nastąpił błąd! Zamiast swojej mieszanki wybuchowej, moja towarzyszka dostała naleśnika w wersji na słodko (uwieczniony na zdjęciu). Na szczęście, obsługa szybko wymieniła na właściwego, więc nie poczytuję tego na minus - egzamin z zarządzania kryzysem zdany.
Naleśniki są duże i suto wypełnione farszem. Ciasto ma odpowiedni smak i konsystencję, a ilość pozycji w menu usatysfakcjonuje nawet najbardziej wymagających fanów crêpe . Meksykański nawiązywał smakiem do burrita - mięso mielone z dodatkiem chilli. Moja towarzyszka też była zadowolona, jednak dodałaby do swojego jakąś zieleninę: szpinak lub rukolę.

Cieszy mnie, że powstaje coraz większa ilość lokali, gdzie dobre potrawy serwowane są w przystępnej cenie. Manekin oferuje nie tylko przyjemny, niemal karnawałowy wystrój, ale i naleśniki, które uzupełniają lukę na warszawskim rynku. Opcje "na słodko" z pewnością przyciągną tu tłumy dzieciaków.


Naleśnik pomylony.

Naleśnik meksykański.

Kiedyś spadnie.

Fiku-miku.

Alex tu był.

Coraz szybciej się ściemnia.

sobota, 2 listopada 2013

Nie Zawsze Musi Być Chaos

 www.facebook.com/niezawszechaos
do 20zł

Ulico Oleandrów!
Najpierw powstało tu Małe Piwo, zapowiadające nadejście mody na multitapy, później cudowny, przedwcześnie zmarły BreadBar (ktokolwiek widział, ktokolwiek wie/ zapalniczki w górę), a na wylocie mamy smakowite frytki z Okienka.
Na stronie znajdującego się na tejże ulicy PionyPoziomy (osobny artykuł za czas jakiś) czytamy:
"Historia ulicy związana jest z Krakowem. Krakowskie Oleandry to drewniane pawilony, w tym także teatrzyk ogródkowy nazwany "Oleandry". W gwarze zwierzynieckich andrusów oleandrami nazywano również nadwiślańskie i nadrudawskie zarośla, dogodne miejsce dla afer kryminalnych, jak i miłosnych uniesień."
To wyjaśnia czemu właściciele o artystycznej przeszłości wybrali właśnie tę lokalizację.

Nie Zawsze Musi Być Chaos jest kawiarnią, sklepem płytami winylowymi oraz centrum kulturalnym. Kuchnia nie ma szerokiego wyboru, za to jest on bardzo starannie przygotowany: trzy rodzaje kanapek (choć nie ma jej na zdjęciach, polecam wersję z tuńczykiem), parę zup, oraz zestawy lunchowe w trzech wersjach. Ach, są jeszcze słodkości, dostępne też w wersjach bezcukrowych. Jako miłośnik mięs wybieram kurczaka w masali, jako dodatki serwowane są: najwspanialszy hummus z buraków (zachwycił nas już na Targach Smak), sporo sałaty oraz manakishe z zatarem, czyli indyjskie minipizze. Wszystko wzięte z innych parafii, razem tworzy urzekającą całość, obok której nie sposób przejść obojętnie. Do tego cena zestawu: 15zł.
Nuff said.

Design miejsca jest świetny, NZMBC dzięki dobrym decyzjom o włos unika schematu "miejsca hipsterskiego". Napis na ścianie za barem pokazuje totalny dystans do siebie samych, a okładki płyt w antyramach budzą nostalgię. Jest wśród nich płyta Slayer, którą syn mojego przyjaciela określił: "tą z koziołkiem ninja!". Jeśli mógłbym coś zmienić, to wyrzuciłbym chyboczące się stoliki. Kuchnia ma dobry kierunek, ciekaw byłbym poszerzonego menu.

Płyty!

Zestaw lunchowy - 15zł.

Najlepszy hummus w mieście.

Manakishe.

Wszystko.

Aż musiałem dodać filtr z instagrama (nie prześwietlam każdego zdjęcia, jak niektórzy ;) )

poniedziałek, 28 października 2013

Groole

 http://groole.pl/
 do 20zł

Ziemniak, złoto polskiej ziemi, przywędrował do Europy dopiero w XVI wieku, a wywodzi się z dalekich Andów. Co prawda ustępuje popularności pszenicy, ryżowi i kukurydzy, ale pozostaje w elitarnej czwórce najpopularniejszych roślin uprawnych. Nazwa "Groole" pochodzi od "grul", w gwarze podhalańskiej oznaczającego ziemniaka. Zangielszczona wersja wygląda nowocześnie, oraz budzi nadmierną wesołość u moich znajomych Anglików (podobnie, jak kiedyś pałac Bonerowski, nieszczęśliwie nazwany "Boner").

Fasada budynku jest w renowacji (ach, te Unijne dofinansowania), lokal poznajemy po tabliczce przyczepionej do rusztowania. Wchodzimy do środka i od razu podoba mi się wystrój, który nadaje miejscu luźny klimat. Ceglana ściana pociągnięta białą farbą, duże drewniane stoły z kolorowymi grafikami, wesoło rozmawiający młodzi ludzie - ziemniak wprawia w dobry humor.
Porcja to dwa ziemniaki, ja decyduję się na jednego z nadzieniem "kurczak hawajski", oraz w wersji hot-dog, czy raczej grool-dog. Moja towarzyszka nie jest pewna swoich sił, dlatego zostaje przy pojedynczym, za to nadzianym bryndzą ze szczypiorkiem.
Ziemniaki dobre, świetnie wypieczone i suto nadziane. Pełna porcja jest duża, sam mam problem ze zmieszczeniem obu - paniom polecam iść w ślady mojej towarzyszki. Najlepiej komponują się z gęstymi, śmietanowymi sosami - tak podany jest zarówno bryndzowy, jak i kurczak hawajski. Grooldog najmniej przypadł mi do gustu w tym towarzystwie, może dlatego, że nadmiar musztardy i keczupu spowszedniał, i źle mi się kojarzy. Piwko do obiadu jest tu bardzo pożądaną opcją.

Groole oferują smak, które kojarzy mi się z wizytami u wujka kowala, który mieszkał na wsi i zawsze częstował lokalnymi przysmakami. Poza nostalgią, jedzenie jest tu po prostu dobre, a przy tym niedrogie - polecam studentom i wszystkim, którzy szukają dobrego miejsca z przystępnymi cenami. Obsługa jest miła i pomocna, wnętrze nowoczesne i bezpretensjonalne.
Niech żyje ziemniak!




Bryndza ze szczypiorkiem.

Kurczak hawajski.

Grooldog.

Ziemniaczano.

Ocieplana fasada.

poniedziałek, 21 października 2013

Wurst Kiosk

https://www.facebook.com/WurstKiosk
do 20zł

Kiełbasą Niemcy stoją, jednym ze smaków wywołujących nostalgię jest najbardziej typowy przysmak germańskich ulic - currywurst. Przypomina mi o czasach, gdy za chlebem wyniosłem się w okolice Dusseldorfu, a kiełbasiana przekąska poza stancją była odświętną radością. Na przejażdżkę emocjonalnym rollercoasterem nastawiłem się w drodze do Wurst Kiosku. Jednak takich atrakcji się nie spodziewałem...

Okienko wygląda bardzo przyjaźnie, jest zadbane i dobrze rozplanowane - są patyczki do jedzenia kiełbasek, ulotki i chusteczki. Oferta jasno wypisana na szybie: kilka rodzajów kiełbasek, oraz belgijskie frytki. Brzmi dobrze, decyduje się na currywursta, moja towarzyszka chce knackera oraz frytki. Ku mojemu rozczarowaniu: knackera brak, frytki mają być w nieokreślonej, dalszej przyszłości. Czas to pieniądz, a że już jesień za pasem, rezygnujemy z czekania na zimnie i zamawiamy dwie porcje currywursta. Podany sensownie: w głębokiej kartonowej tacce, pokrojony, wydziela przyjemny zapach. Do tego gratisowa bułka. Wcinamy.
Pierwsze rozczarowanie - sucha bułka. Drugie rozczarowanie - kiełbaska, która z kiełbasą ma niewiele wspólnego, smakiem bardziej przypomina parówkę drobiową, do tego drugiej jakości. Gdzie pełny, prawdziwie mięsny smak prawdziwych wurstów! Sos i curry się bronią, ale to zdecydowanie za mało by rościć sobie prawa do bycia autentycznym, niemieckim przysmakiem.

Na okienku zaskakuje naklejka "Polecamy Street Food Polska". Albo miałem wyjątkowego pecha, albo miejsce... jest po prostu złe. Koncept łącznie z logiem, na którym widnieją barwy flagi Niemieckiej jest świetny - teraz czas na pasującą, dobrą kuchnię. Póki co, radzę omijać.

Nie zasłużyli na ostre zdjęcie!

Z bliska.

I z daleka.

poniedziałek, 14 października 2013

Thienly

https://www.facebook.com/pages/Indyk-Mas%C5%82o-Czosnek/359303837471587
do 20zł

Są miejsca popularne bo bywają tam celebryci, bo hipsteriada wydaje ciężko przez rodziców zarobione pieniążki na quiche (które tak naprawdę im nie smakuje), bo nagle serwowane przez lokal danie staje się modne. Są też miejsca o niegasnącej popularności, którą napędza dobra jakość w stosunku do niskiej ceny. Jednym z przykładów, a może właśnie najlepszym przykładem jest Thienly, azjatyckie serce, którego rytm wybija nieskończona rzesza studentów, przetaczających się tu każdego dnia.

Wybierając się w to miejsce usłyszałem hasło: indyk masło-czosnek. Tak też nazywa się funpage restauracji na facebook'u, a to już o czymś świadczy. Zamówienie proste i standardowe: sajgonki i główna atrakcja, czyli osławiony indyk. Stoję w PRL-owskiej kolejce, stoły są rozchwytywanym rarytasem - pomimo sporej powierzchni lokalu. Wystrój zachwyca tandetą, jest tu po trochu wszystkiego: wejście a'la pagoda, olejny pejzażyk na ścianie, chińskie lampiony oraz... sufit pokryty bluszczem, ze zwisającymi gdzieniegdzie kiściami winogron. Hmm...
Obsługa wykrzykuje moje zamówienie, odbieram, siadam. Sajgonki lekko ponad przeciętną, nie smakują tłuszczem, a nawet są mięsno-zjadliwe. Natomiast indyk był zdecydowanie satysfakcjonujący - cienko rozbity filet w panierce, posypany orzeszkami, zanurzony w sosie czosnkowo-maślanym. Dobre połączenie, jedyne co mnie odrzucało to fatalnej jakości ryż. Nie wiem czy to wina produktu, czy sposobu ugotowania, ale jego konsystencja była nieprzyjemna: lepka i sucha zarazem.

Gdzie indziej zjemy spore, dobre danie za dwanaście złotych? Thienly stanowi mocną konkurencję dla wszystkich kebabów i im podobnych fast foodów. Nie oczekujcie po tym barze wielkich doznań estetycznych; za to smakowe należą do najlepszych w swojej kategorii.

Gwiazda: indyk masło-czosnek.

Sajgonki.

Dziki bluszcz z winogronami na suficie.

Elegancki element wystroju, tuż nad głowami klientów - kaloryfer.

Mała pagoda.

sobota, 5 października 2013

Wspomnienie lata: Kwiatkarnia

do 20zł
www.facebook.com/pages/KWIATKARNIA/113446005346869

Dziś, pod wpływem wyjątkowo dobrej, jak na październik pogody, piszę letniego posta, który latem nie powstał. Czemu?
Bo wizyta nie była do końca zorganizowana, nie miałem przy sobie aparatu, a jedyne co zjadłem, to osławiona beza. Za to miejsce, do którego oczywiście zaplanowałem szybki powrót celem zrobienia "porządnego" posta, było całkowicie wyjątkowe.

Kwiatkarnia - bo to o niej mowa - znajduje się w ogródku prywatnego domu przy Zakopiańskiej na Saskiej Kępie, jednej z ulic równoległych do osławionej Francuskiej. Lekko na uboczu, nazwę swoją wzięła od kwiaciarni, która kiedyś tu była: nadal można kupić kwiatki, cały teren otacza piękna flora.
Pierwsze, co zachwyca, to absolutny spokój tego miejsca - nie ma tu osób przypadkowych, pomiędzy gośćmi panuje porozumienie, znajomość wspólnego sekretu. Przemiła obsługa pomaga w wyborze, są dwie opcje lunchowe plus parę stałych pozycji. Mój zaufany informator przekazał, że warto wybrać się na tort bezowy, który zniknąć potrafi już we wczesnych godzinach porannych. Na szczęście, udało mi się go dostać i troszkę później, za co dziękuje opatrzności - był wyśmienity! Beza naszpikowana owocami leśnymi, słodka, ale nie do przesady, o idealnie kruchej konsystencji. Smak, który przywołuje na myśl promienie słońca. Do tego bellini - koktajl na bazie wina musującego, z dodatkiem musu brzoskwiniowego. Lekka nuta goryczy o owocowym posmaku sprawiła, że beza smakowała jeszcze lepiej.

Do dziś nie wiem, czemu do Kwiatkarni nie wróciłem. Może to przez podróże, może przez masę nowych miejsc do odwiedzenia. Z tego co wiem, kolejna okazja nadarzy się dopiero, gdy zrobi się cieplej. Biorąc pod uwagę groźby meteorologów (zima stulecia - lepiej odpukać), raczej nieprędko. Dlatego - niemal złośliwie - wrzucam tekst i zdjęcia, robiąc sobie i Wam ochotę, na jeszcze jeden letni dzień spędzony w ogrodzie.


Tort bezowy.
Bellini.


Jedno z najlepszych zdjęć, jakie Magdzie zrobiłem.

czwartek, 3 października 2013

Mr. Pancacke

do 20zł
 https://www.facebook.com/pankejk

Czasem nie mam ochoty na wielkie obiady, trzyczęściowe, przystawkowo-zupowe czy ziemniaczano-mięsne przeżuwanie. Czasem mam ochotę podnieść poziom cukru, zapominając o diecie czy definicjach zdrowego trybu życia, zakleić usta słodkością i poczuć się jak szczęśliwe dziecko. W celu zaspokojenia tych pragnień, wybrałem się na amerykańską wersję naleśnika!

Mr. Pancacke, znany mi już z lokalizacji na ulicy Przeskok (budynek wyburzony), obecnie próbuje swoich restauracyjnych sił na Powiślu. Karta poszerzona o burgery, crepes i dania, odbiega od początkowej, jedynie pancackowej wizji restauracji. Lokal kolorowy, oblepiony naklejkami i nawiązujący do kultury ulicznej, pełen jest młodych ludzi. Z głośników płynie ostry, gangsterski rap, wiadomo - gangsterzy uwielbiają słodycze.
Ryzyko mam we krwi, wybieram opcje łączącą boczek, banana oraz syrop klonowy. Przemiła dziewczyna za barem przekonuje mnie, że to bezpieczne połączenie. Moja towarzyszka wybiera sentyment dzieciństwa - czekoladowe gwiazdki z (tego nigdy nie za wiele) polewą czekoladową.
Pancacki pyszne, grube i puszyste, świetnie sprawdziły się w obu połączeniach. Nie tylko odważnym polecam opcję z boczkiem - na słodko daje radę nie gorzej, niż chociażby w jajecznicy. Gwiazdek zachwalać nie muszę, ale i tak będę: czekoladowa pycha!

Po tej wizycie muszę tu wrócić, i to szybko, spróbować innych, niesłodkich pozycji z karty. Jeśli są równie dobre co pancacki, to będę usatysfakcjonowany w pełni! Póki co, polecam jako młodzieżowe miejsce, do kompletnego zasłodzenia zmysłów. Warto śledzić stronę na fb - zawsze znajdzie się coś spoza karty, opcje sezonowe i inne atrakcje.

Z bananami, boczkiem i syropem klonowym.

Z czekoladą i gwiazdkami.

Andrea ostrzy pazury.

Ryba zazdrości deskorolek.

Yo!

Boombox na ramię i idę w miasto.



wtorek, 24 września 2013

Restauracja Kura w Budowie

do 20zł
restauracja-kura.pl

Będę miał problem z otagowaniem tego posta: niby restauracja, a stołówkowo: plastykowe tacki, ubogie menu, samoobsługa i wszechobecny kompot. Ceny trochę wyższe niż w barach mlecznych - około piętnaście złotych za posiłek, wszystko wokół tematycznej kury, która z niewiadomego powodu pozostaje w budowie.

Wystrój prosty, jedynym odejściem od drewnianych stołów i jednokolorowych ścian są malowidła, oraz napisy o humorystycznym zabarwieniu. I tak już wiem, że "zapłacone musi być zjedzone". No cóż, to się okaże.
Decyduję się na tortillę z kurczakiem, moja towarzyszka na filet z serem i sałatkę z pomidorów do tego (dodatki płatne osobno). Tortilla nie przedstawia kuchni meksykańskiej, jedynie maksymalnie spolonizowaną jej kuzynkę. Nie jest zła, wprost przeciwnie - sycąca z mocno ciągnącą serową wkładką. Podobnie z filetem - rozsądny kawałek mięsa w chrupiącej panierce. Całość dość tłusta.

Obiad tu zjedzony jest smaczny i domowy, o niebo lepszy od zgrozy, jaką zgotowała nam Mleczarnia. Jednak ceny są zawyżone, jeśli mamy to potraktować jako bar, a do miana restauracji Kura nie może pretendować. Miejsce do polecenia znajomym studentom, bądź na szybki obiad przy zawężonym budżecie. 


Menu.

Malowidła część pierwsza

oraz kontynuacja.

Filet z serem i tortilla, w tle majaczy kompot.

Filet z serem.



czwartek, 12 września 2013

Przychodnia Bar

do 20zł 
www.facebook.com/PrzychodniaBar

Myślałem, że w kwestii gastronomii widziałem już sporo. A tu zaskoczenie, i to na własnym podwórku! W Przychodni spotykamy mariaż dwóch różnych światów - restauracji, oraz placówki medycznej tchnącej PRL-em. Czy kojarzy się to smakowicie? Oczywiście, że nie. Tym większy szacunek dla pomysłodawców/właścicieli za ryzykowne posunięcie.

Koncept jest dopieszczony co do szczegółu. Odnajdziemy tam nie tylko biało-czerwone wnętrza, ale także odpowiednią tabliczkę nad każdym stolikiem. My na ten przykład jedliśmy w Dyżurce Lekarskiej, pod czujnym okiem specjalistów (jak malowanych!), obok mając przeuroczą Palarnię. Obsługujący nas sprawnie i uprzejmie Ordynator - tak głosiła plakietka na jego piersi - popełnił tylko jeden, ale znaczący błąd. Zamiast podać przystawkę wtedy, kiedy zupę mojej osoby towarzyszącej, podał ją później, z drugim daniem. No trudno, dopiero się rozkręcają, przymykam oko.

Menu wypisane kredą na ścianie, standard średnio pasujący mi do przychodni, nawet pomimo użytych słów o etymologii medycznej. Ja decyduję się na pasztet z wątróbki drobiowej na grzance oraz kaszotto z kurkami i dziugasem. Moja towarzyszka wybiera zestaw lunchowy, w skład którego wchodzi rosół i wołowina duszona w winie. Najpierw dociera rosół - esencjonalny, z dobrym makaronem, zrobiony na prawdziwej kurze - smak domowy. Jeśli stęskniony byłbym za smakami rodem "od Babci", druga część zestawu lunchowego też by mnie usatysfakcjonowała. Wołowina miękka, sos gładki - dobre, wyczuwalny bukiet wina, ale mało ciekawe, tu zabrakło mi elektrycznego szczegółu.
Przejdźmy do spóźnionego pasztetu - czekać było warto, bo na cieplutkiej grzance, z kleksem żurawiny, dostałem świetny, gorzki pasztet, o wspaniałym smaku dobrej jakościowo wątróbki. Kaszotto to nic innego jak mocno przyprawiona kasza jaglana (uwaga, dużo pietruszki) z kurkami i aromatycznym serem. Smakowo ciekawe, jednak normalnie potraktowałbym to bardziej jako dodatek do dania - świetny, ale wciąż dodatek.

Przychodnia jest miejscem ciekawym, i to nie tylko z powodu oryginalnego konceptu. Szkoda, że pomysł kończy się na wykończeniu lokalu, przydałyby się tematyczne dania, nawiązujące do panującego klimatu. Póki co mamy dobrą, rzetelną, niemal domową kuchnię w przystępnej cenie.





Rosół.
Kaszotto.

Pasztet z wątróbki drobiowej na grzance.

Wołowina duszona w winie.
Aligancko.
Przychodzi baba do lekarza, a tam restauracja.

Kroplówka po polsku.

Menu.

Bogaty bar, jak to u lekarzy.

Taki to, zachęcający szyld.