Pokazywanie postów oznaczonych etykietą streetfood. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą streetfood. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 grudnia 2013

Burrito Bandidos

do 20zł
www.facebook.com/burritobandidospl

Kiedy za oknem zimno, kiedy za oknem źle, wolałbym w Meksyku znaleźć się!

Żenujący pseudowierszyk jest wstępem do naszej krótkiej rozmowy z właścicielem nowo otwartego streetfoodu - Burrito Bandidos. Lokal nastawiony jest na formę "na wynos", wnętrze szokuje intensywnymi kolorami, nie tylko ścian, ale i samych składników.

Damian Dawid Nowak: Jaki jest pomysł na lokal?

Burrito Bandidos: Zdrowa żywność zainspirowana Meksykiem. Świeże warzywa, mięso, na tym zależy nam najbardziej. No i rozmiar - ponad pół kilograma, największe burrito w mieście.

DDN: Czy to Meksyk, czy wersja spolonizowana?

BB: Wersja spolonizowana. Jalapeno (ostre papryczki) są dodawane na życzenie, nie dodajemy pinto: czerwonej fasoli i czarnej fasoli. Ta ostatnia wymaga przygotowanego żołądka - dla kogoś nieświadomego próba może skończyć się źle. Z czasem jednak, na wyraźne życzenie, zamierzamy wprowadzać i te produkty. Pszenne placki podajemy w dwóch wersjach: białej i gruboziarnistej.

DDN: Dla kogo gotuje Bandyta?

BB: Jesteśmy nastawieni na szeroki przekrój klientów, trochę uczymy ludzi, czym jest burrito. Można wygodnie wziąć na wynos: do pracy lub szkoły, można także zjeść przy ladzie na miejscu.

Samo burrito zachwyca rozmiarem i ilością składników. Rzeczywiście, mamy tu bardziej do czynienia z popularnym obecnie wrapem, niż z oryginalnym, meksykańskim burritem. Warzywa i mięso zgrabnie komponują się w wysokoenergetyczną całość, która jeśli o streetfood chodzi, wygrywa z większością nowo otwartych burgerów. Podoba mi się możliwość doboru składników - są dobrze wyeksponowane za ladą, od razu chwalę własnej roboty guacamole. Jeśli nie odrzucają cię fuzje różnego rodzaju kuchni, polecam Burrito Bandidos - nie tylko ze względu na dobrą relację jakość/cena, ale przede wszystkim ze względu na świeże i dobre jedzenie.








poniedziałek, 28 października 2013

Groole

 http://groole.pl/
 do 20zł

Ziemniak, złoto polskiej ziemi, przywędrował do Europy dopiero w XVI wieku, a wywodzi się z dalekich Andów. Co prawda ustępuje popularności pszenicy, ryżowi i kukurydzy, ale pozostaje w elitarnej czwórce najpopularniejszych roślin uprawnych. Nazwa "Groole" pochodzi od "grul", w gwarze podhalańskiej oznaczającego ziemniaka. Zangielszczona wersja wygląda nowocześnie, oraz budzi nadmierną wesołość u moich znajomych Anglików (podobnie, jak kiedyś pałac Bonerowski, nieszczęśliwie nazwany "Boner").

Fasada budynku jest w renowacji (ach, te Unijne dofinansowania), lokal poznajemy po tabliczce przyczepionej do rusztowania. Wchodzimy do środka i od razu podoba mi się wystrój, który nadaje miejscu luźny klimat. Ceglana ściana pociągnięta białą farbą, duże drewniane stoły z kolorowymi grafikami, wesoło rozmawiający młodzi ludzie - ziemniak wprawia w dobry humor.
Porcja to dwa ziemniaki, ja decyduję się na jednego z nadzieniem "kurczak hawajski", oraz w wersji hot-dog, czy raczej grool-dog. Moja towarzyszka nie jest pewna swoich sił, dlatego zostaje przy pojedynczym, za to nadzianym bryndzą ze szczypiorkiem.
Ziemniaki dobre, świetnie wypieczone i suto nadziane. Pełna porcja jest duża, sam mam problem ze zmieszczeniem obu - paniom polecam iść w ślady mojej towarzyszki. Najlepiej komponują się z gęstymi, śmietanowymi sosami - tak podany jest zarówno bryndzowy, jak i kurczak hawajski. Grooldog najmniej przypadł mi do gustu w tym towarzystwie, może dlatego, że nadmiar musztardy i keczupu spowszedniał, i źle mi się kojarzy. Piwko do obiadu jest tu bardzo pożądaną opcją.

Groole oferują smak, które kojarzy mi się z wizytami u wujka kowala, który mieszkał na wsi i zawsze częstował lokalnymi przysmakami. Poza nostalgią, jedzenie jest tu po prostu dobre, a przy tym niedrogie - polecam studentom i wszystkim, którzy szukają dobrego miejsca z przystępnymi cenami. Obsługa jest miła i pomocna, wnętrze nowoczesne i bezpretensjonalne.
Niech żyje ziemniak!




Bryndza ze szczypiorkiem.

Kurczak hawajski.

Grooldog.

Ziemniaczano.

Ocieplana fasada.

poniedziałek, 21 października 2013

Wurst Kiosk

https://www.facebook.com/WurstKiosk
do 20zł

Kiełbasą Niemcy stoją, jednym ze smaków wywołujących nostalgię jest najbardziej typowy przysmak germańskich ulic - currywurst. Przypomina mi o czasach, gdy za chlebem wyniosłem się w okolice Dusseldorfu, a kiełbasiana przekąska poza stancją była odświętną radością. Na przejażdżkę emocjonalnym rollercoasterem nastawiłem się w drodze do Wurst Kiosku. Jednak takich atrakcji się nie spodziewałem...

Okienko wygląda bardzo przyjaźnie, jest zadbane i dobrze rozplanowane - są patyczki do jedzenia kiełbasek, ulotki i chusteczki. Oferta jasno wypisana na szybie: kilka rodzajów kiełbasek, oraz belgijskie frytki. Brzmi dobrze, decyduje się na currywursta, moja towarzyszka chce knackera oraz frytki. Ku mojemu rozczarowaniu: knackera brak, frytki mają być w nieokreślonej, dalszej przyszłości. Czas to pieniądz, a że już jesień za pasem, rezygnujemy z czekania na zimnie i zamawiamy dwie porcje currywursta. Podany sensownie: w głębokiej kartonowej tacce, pokrojony, wydziela przyjemny zapach. Do tego gratisowa bułka. Wcinamy.
Pierwsze rozczarowanie - sucha bułka. Drugie rozczarowanie - kiełbaska, która z kiełbasą ma niewiele wspólnego, smakiem bardziej przypomina parówkę drobiową, do tego drugiej jakości. Gdzie pełny, prawdziwie mięsny smak prawdziwych wurstów! Sos i curry się bronią, ale to zdecydowanie za mało by rościć sobie prawa do bycia autentycznym, niemieckim przysmakiem.

Na okienku zaskakuje naklejka "Polecamy Street Food Polska". Albo miałem wyjątkowego pecha, albo miejsce... jest po prostu złe. Koncept łącznie z logiem, na którym widnieją barwy flagi Niemieckiej jest świetny - teraz czas na pasującą, dobrą kuchnię. Póki co, radzę omijać.

Nie zasłużyli na ostre zdjęcie!

Z bliska.

I z daleka.

sobota, 28 września 2013

Tuk Tuk

Po raz kolejny wracam w okolice Placu Zbawiciela, tym razem by skosztować street foodu w wersji tajskiej. Brzmi jak oksymoron, głównie przez to, że większość warszawskich restauracji tajskich aspiruje do poziomu białoobrusowego. Tuk Tuk dla odmiany jest małe, nastawione na odbiorcę młodego i spragnionego nowoczesnej, łatwo przystępnej kuchni.

Pierwszy plus za półotwartą kuchnię, spora część gotowania odbywa się na naszych oczach. Obsługiwany byłem przez chłopaka o wystraszonych oczach - otwarcie restauracji było niedawno, więc wspomaganie się kartką przy opisie dań jest wybaczalne. Wnętrze jest przyjemne, pomimo tego, że malutkie - wrażenie robi stelaż zawieszony pod sufitem, z wmontowanymi lampami. Zdecydowałem się usiąść na zewnątrz, niestety wąskie, ławkowe stoły nie należą do najwygodniejszych, zwłaszcza przy jedzeniu lubiących się rozlewać sosów.

Tym razem zdecydowałem się na złoty klasyk - zielone curry z kurczakiem (występuje, jak większość dań tutaj, także w wersji wege i krewetkowej), moja towarzyszka wybrała Laksę (tajską zupę) z krewetkami. Curry dość ostre, o charakterystycznym smaku, z dodatkiem cukinii i zielonej papryki. Mało mi było mięsa, które samo było kompletnie nieprzyprawione. Laksa okazała się lepszym, ciekawszym wyborem - pod warunkiem oczywiście, że lubi się mleczko kokosowe. Łagodny, słodkawy smak z wyraźną nutą sosu rybnego, krewetki miękkie, towarzyszka zachwycona.

Gdybym do Tuk Tuk trafił przed Naam Thai, pewnie nie grymasiłbym. Jednak biorąc pod uwagę podobne ceny w obu miejscach, Tuk Tuk wypada słabo. Nie jest to miejsce złe, broń Boże. Po prostu jest wiele lepszych, co może być wystarczającym powodem, bym tu nie wracał.


Zielone curry z kurczakiem.

Laksa z krewetkami.

Alicja jest usatysfakcjonowana.

Tuk,tuk,tuk,tuk.

Z zewnątrz.

Menu.

Instalacja!

wtorek, 3 września 2013

Zapiexy Luksusowe

do 20zł
 https://www.facebook.com/zapiexyluxusowe

Wpis nietypowy: wizyta nie była planowana, a zdjęcia robione telefonem.
Ups, może nie powinienem tego wspominać - prestiż bloga przepadł i już nie wróci. Czy na swoją obronę mogę powiedzieć, że zapiekanka smartfonem fotografowana być lubi? Zapiekanka, jako danie przed, w trakcie i post imprezowe ma to do siebie, że najlepiej smakuje, gdy spożywana jest spontanicznie.

Zapiexy mają swoją siedzibę w samym Centrum, co w oczywisty sposób przekłada się na popularność lokalu. Pomimo kolejki zostaję obsłużony dość szybko, w trakcie oczekiwania podziwiam przyjemne wnętrze. Podobają mi się oblepione gazetami lady i ściany. W ofercie duży wybór składników i sosów, wszystko można zobaczyć przez szybkę - łącznie z procesem tworzenia zapiekanki. Wybieram opcję z kiełbasą, ogórkiem kiszonym i pomidorami. Poza wyżej wymienionym składnikami, w standardzie są pieczarki i ser, sosy stoją na stoliczku - można przyprawić i doprawić do wyboru, do koloru. Pierwszy gryz i bardzo pozytywne zaskoczenie, inaczej niż zwykle w tego typu miejscach, jakość składników jest wysoka, są świeże i smaczne. Domowa zapiekanka na kruchym, świetnie wypieczonym pieczywie.

Zapiexy są warszawskim wyzwaniem rzuconym krakowskim zapiekankom na Kazimierzu. Co prawda, do obroścnięcia w legendę potrzeba znaaacznie więcej czasu, ale niech krakusy wiedzą, że warszawiacy nie gęsi, iż swoje zapiekanki mają!


Zapiekanka wiejska.




wtorek, 30 lipca 2013

Pasta Mobile

do 20zł
www.facebook.com/PastaMobileWawa

Street food wegetariański? 
Jeszcze kilka lat temu powiedziałbym, że skazany jest na porażkę. Ale z drugiej strony, parę lat temu "street food" był pojęciem Polakom nieznanym. Busa Pasta Mobile dorwaliśmy na projekcji "O północy w Paryżu" z cyklu Filmowej Stolicy na Polach Mokotowskich. Mieliśmy przyjemność rozmawiać z parą stojącą za przedsięwzięciem.

Damian Dawid Nowak: Słowo o Was?

Pasta Mobile: Lubimy makaron, to po pierwsze. Forma mobilna była najbardziej dostępna, pozwala nam na połączenie tego, i "normalnej", dziennej pracy. Tu kończę stać o pierwszej w nocy, a od rana znowu do biura. Szukamy właśnie osoby, która zajęłaby się sprzedażą w trakcie dnia.

DDN: Pomysł na kuchnię?

PM: Wszystko robimy sami, sami tak jemy, dziwne byłoby, gdybyśmy ludziom serwowali coś innego. Przebojem jest sos z kurkami, zdecydowanie sprzedaje się najlepiej. W naszej karcie nie ma mięsa.

GW: Jak na to reagują klienci?

PM: Bardzo różnie. Niektórzy są zdziwieni, inni zachwyceni, mówią "Nareszcie!". Sami jadamy bardzo mało mięsa.

GW: Stała lokalizacja?

PM: Od wtorku (30 lipca), wystawiamy się obok Kurortu, przy Płycie Desantu. Oraz festiwale, właśnie wróciliśmy z Audioriver. Nawiązaliśmy też stałą współpracę z Wawa Wake, to weekendami, na plaży za Wilanowem.

Spróbowaliśmy wszystkich trzech sosów w ofercie Pasta Mobile: kurkowego, czerwonego pesto oraz cukiniowego. Do każdego sosu można wybrać swój ulubiony rodzaj makaronu, oraz dodatki. Zgodnie z zapowiedzią, kurki były przebojem - gęste, śmietanowe, sprawiły, że poczułem się jak w wykwintnej włoskiej restauracji.
Czerwone pesto mnie rozczarowało, ale to chyba dlatego, że jestem zagorzałym fanem zielonej wersji. Z mojego punktu widzenia, czerwone jest nieciekawe, brakuje mu charakteru i bez masy dodatków nie spełnia zadania.
Cukinia w sosie pomidorowym to złoty, soczysty standard, który w połączeniu z świetną pastą daje efekt murowany.
Każdy sympatyk kuchni wege powinien być zadowolony z wizyty w Pasta Mobile. Po pierwsze świeżo, po drugie smacznie, po trzecie przyjaźnie!

Nocą na Polach!

Właściciele.

Świeżutko, bazylię można samemu zerwać.

Anna lubi makarony po zmroku.

środa, 17 lipca 2013

Jakie Taco

www.facebook.com/jakietaco
do 20zł

Umarł król, niech żyje król!

Mowa oczywiście o łaskawie panującym street foodzie, władcy o tyle dobrym, że zwykle dostępnym niższym kosztem od regularnych restauracji, za to o wyższym standardzie niż fastfoody. Tego typu działalność jest zbieżna z naszą filozofią, dlatego staramy się odszukać miejsca, gdzie streetfood oznacza "prawdziwe jedzenie, sprzedawane na ulicy", a nie "zakamuflowany fastfood". W pewien sposób historia zatacza krąg - powracamy do zakupów w niemal bazarowych otoczeniu. Dziś o meksykańskiej odsłonie tego trendu rozmawialiśmy z właścicielką Jakie Taco.

Damian Dawid Nowak: Gdzie możemy Was spotkać?

Jakie Taco: Zaczęliśmy od Free Form Festival, jesteśmy na stałe na Płycie Desantu, przy Pomoście. Obstawiamy imprezy - raz był Targ Śniadaniowy, niedawno Święto Saskiej Kępy, Śniadanie na Trawie... najlepiej śledzić nasz facebook.

DDN: Skąd pomysł?

JT: Wcześniej nie zajmowaliśmy się gastronomią, ale szukaliśmy pomysłu na nową inicjatywę, która dałaby nam sporo zabawy. Mój wspólnik (a osobiście chłopak) miał w tym wielki udział. Szukaliśmy tego, czego nam samym brakuje, gdzie nam tego brakuje i co umiemy zrobić. Nasza kuchnia jest wynikiem takiej analizy. Chcieliśmy zdrowych, nie przesadnie ciężkich, szybko dostępnych dań. Poza tym uważamy, że temat kuchni meksykańskiej nie został jeszcze w Warszawie wyczerpany.

DDN: Co mamy w menu?

JT: Pozycje klasyczne: taco - przekąska, mocno serowa quesadilla, burrito - zdrowe ale ciężkie oraz fajita - nasz autorski pomysł z awokado. Wybrane dania są dostępne w wersji wegańskiej.

DDN: Jako początkujących w branży gastronomicznej, co Was zaskoczyło?

JT: Zaskoczyło nas, jak bardzo angażujący jest to biznes - we dwoje mamy pełne ręce roboty. Podobnie komentarz pani w Sanepidzie, która kazała nam "zajmować się tym, do czego zostaliśmy wykształceni". Pomimo tych trudności, mamy plany na przyszłość. Chcielibyśmy rozszerzyć działalność w dwóch kierunkach: lokal oraz kolejna przyczepa. Lokal dałby nam bazę, a poza tym, ludzie często pytają o alkohol. Tequilla pasowałaby do naszej kuchni (śmiech) Niestety, w busie nie jest to możliwe.

Degustacje zaczęliśmy od quesadilli - bardzo mocno serowa, dokładnie taka, jaka powinna być, podana z łagodną salsą pomidorową. Nie jest to danie dietetyczne, ale zdecydowanie dobre, świetne na imprezę. Tacosy podane w meksykańskich taco shells, lepszych, niż w wielu restauracjach stacjonarnych. Za to ostrość była dość mocno podkręcona, do tego stopnia, że Aleksa odmówiła współpracy - jeśli jesteście fanami łagodnej kuchni, musicie prosić o "stonowaną" wersję. Miłym akcentem była limonka do smaku - świetnie pasująca do wszystkich dań kuchni meksykańskiej.
Ach, chciałoby się do tego tequilli!




Godzina lunchowa!

Można zamawiać!

Taco.

Quesadilla.

Niby korpo-Mokotów, a jak zielono.