Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 20-40zł. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 20-40zł. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 grudnia 2013

Wootwornia

Wootwornię znaliśmy już na długo przed otwarciem stacjonarnego lokalu – ich słoiki, zwłaszcza arbuz w wódce, wspominam niemal z rozrzewnieniem. Szeroka oferta wyśmienitych przetworów (arbuz w wódce!) zapewniała im wielkie zainteresowanie na wszystkich targach i innych imprezach okolicznościowych. Czas targów minął, dziecko dorosło i założyło własny dom – w Szarej Cegle, na ulicy Królowej Aldony, w lokalizacji którą możecie pamiętać z letnich targów i szkoleń.

Jak z jedzeniem? Zęby ostrzyliśmy sobie na oryginalnie wyglądający zestaw lunchowy, jednak dotarliśmy troszku za późno. Nic straconego! Na tablicy wypisane są liczne pozycje, które brzmią dobrze, ale brakuje w nich wspólnego mianownika - wszystko wydaje się zaczerpnięte z innej parafii. Zrobić taką kuchnię to wyzwanie, zrobić taką kuchnię dobrze – jeszcze większe. Wystrój, pomimo dość małego metrażu, bardzo do nas trafił, głównie przez kreatywne wykorzystanie skrzynek, z których zbudowano szafki barowe. Szkoda, że z samymi potrawami nie było tak dobrze. Decydujemy się na wariacje na temat ukochanej Azji: tatar z łososia z dodatkiem wasabi oraz smażony makaron. Podczas zamawiania spytano mnie o wersję ostro-nieostro. „Ostro!” powiedziałem pewnym głosem. Może za ostro? Ryba wędzona, który jak zgaduję była jeszcze dosolona, nie nosiła na sobie znamienia wasabi: ani smaku, ani charakterystycznego zapachu i koloru. Makaron był spolonizowaną wariacją na temat pad thaia. Sos ostry, tym razem realnie azjatycki, zabijał smak dodatków w postaci cukinii, pieczarek i kolendry. Brakowało tu odwagi by pójść konkretnie w stronę Azji lub Polski.

O ile przetwory wyznaczały standard i chętnie jeszcze po nie tu wpadnę, tak dania okazała się rozczarowaniem. Różne źródła zachwalają zmienność karty, i może w tym siła lokalu - jeśli nadejdzie okazja do kolejnej wizyty, spróbuję spojrzeć pod innym kątem. Póki co, zostaję przy słoikach.

Bar.

Lampki zapewniają dramatyczne oświetlenie.

Dobry design.

Tatar z łososia.

Makaron.

O! Te skrzyneczki!

wtorek, 26 listopada 2013

Między Bułkami

www.miedzybulkami.pl
20-40zł

Wciśnięte pomiędzy kamienicami na Alejach, Między Bułkami już z ulicy zachęca elegancką fasadą, jasnym szyldem oraz dobrą opinią wśród wszystkich burgerożerców. Wchodzimy dziarskim krokiem, od progu wita nas miła obsługa, łącznie z uśmiechniętą Pani Menadżer. Wielki plus!

Samotni ludzie przy sporych stolikach. Od wejścia w oczy rzuciło mi się to, że w lokalu siedzą niemal tylko ludzie w pojedynkę, może przyciągnęła ich dobra atmosfera roztaczana przez obsługę?
Nie tylko obsługa jest przyjemna - cały drewniano-ceglany wystrój jest miłą fuzją nowoczesności i tradycji.
Zamawiamy dwa burgery: z serem i bekonem, oraz "na ostro", do tego frytki. W lokalu są też dostępne cydry marki Cider Royale, chyba mojej ulubionej. Śmieszne, że cydr w moim słowniku to jabłecznik, a CR występuje w wersjach: śliwkowym, wiśniowym, bógwiejakim. Czyżby słowo straciło swój sens? Grunt, że smakuje.
Zabieramy się do esencji, czyli samych kanapek - lokal nie na darmo nazywa się Między Bułkami - pieczywo jest świetne, chrupkie i rumiane. W środku soczyste nadzienie, choć mój "ostry" burger wcale nie jest taki, na jakiego wskazuje nazwa. Pomimo tego, burgery świetne, jedne z najlepszych, jakie ostatnio miałem przyjemność jeść. Na frytki czekamy zdecydowanie za długo - niemal zdążyłem zjeść swojego burgera. Grube kawałki ziemniaków, pieczone w mundurkach, mocno przyprawione - są takie, jakie frytki powinny być.

Pomimo, że MB wpisuje się w trend burgerów o cenie zawyżonej, to od pierwszego kęsa zakochałem się w tym miejscu - w przeciwieństwie do innych miejsc, gdzie spotkaliśmy się z dobrym designem, MB dba też o nastrój i kuchnię.



 
Świetny cydr (jabłecznik), otwierany nożem.



Pięterko.

Urokliwie skręcone schody.

Ekipa przy pracy.

Są.

sobota, 23 listopada 2013

Ale Burger

https://www.facebook.com/pages/ale-burger/342280559250942
20-40zł

Tak jak wcześniej obiecaliśmy, coraz częściej oddalamy się od domu w poszukiwaniu nowych miejsc. Teraz grany jest Ursynów, na Kabatach odkryliśmy świeżutkiego burgera, który na tą nazwę zasłużył niedawną datą otwarcia, bo raczej nie świeżym powietrzem - od wejścia zapach smażenizny jest tak przytłaczający, że w zasadzie powininem obrócić się na pięcie i wyjść. Nie zrobiłem tego jednak, bo znajomemu Paniczowi obiecałem burgera.

Na pięterku jest trochę lepiej, nawet da się oddychać. Wchodząc po schodach podziwiać możemy kapitalny mural - świetne zagospodarowanie sporej ściany. Na górze wygodne kanapy, kącik dla dziecka, choć dość mało miejsca dla nóg przy kratowych stolikach. Panicz wybiera czisbejkona, ja bluczisa, frytki płatne osobno. Burgery poprawne, choć ponownie zbyt mocno wysmażone mięso (skąd ten trend? Polaku, nie bój się surowizny!). Frytki dla kontrastu dość blade, za to ziemniaczane, generalnie na plus. Bluczis ze sporą ilością sosu, który niemal przykrył smak całości.

Ale Burger korzysta ze znanej, dobrej formuły i przygotowuje całkiem zjadliwe burgery. Jednak cóż z tego, jeśli po wyjściu z baru pachnę tak, jakbym nie był gościem, a kucharzem? Do tego zawyżone ceny (kolejny negatywny burgerowy trend) dyskwalifikują ten lokal w wyścigu do listy moich lubianych burgerowni.
Mural.

Wspomniany Panicz.

Bluczis.

Pięterko.

Załoga za barem.

To tu!

czwartek, 21 listopada 2013

Obiad z... Michałem "Meeshem" Gołkowskim / Klukovka

"Piknik na skraju drogi" to klasyka rosyjskiego science fiction, która od nastoletnich lat mocno pobudzała moją wyobraźnię. Gdy w dwatysiące siódmym roku, świat ujrzała gra komputerowa S.T.A.L.K.E.R., luźno bazująca na świecie przedstawionym w "Pikniku", pomimo mojego nikłego zainteresowania grami, musiałem spróbować w nią zagrać. W zeszłym tygodniu miałem okazję rozmawiać z Michałem "Meeshem" Gołkowskim, mężczyzną który "sprowadził stalkera-a do Polski", autorem świetnego "Ołowianego Świtu". Tłem dla naszej osadzonej we wschodnich realiach rozmowy, stała się zaprzyjaźniona Klukovka.

Damian Dawid Nowak: Proszę zacząć od początku.



Michał Meesh Gołkowski: W dwa tysiące czwartym widzę pierwszy trailer STALKER-a (gry komputerowej), nie był to pierwszy upubliczniony, ale pierwszy jaki widziałem. Wgniotło mnie to w ziemię. Były na nim pokazane fizyka i potwory: jest tam jeszcze chłeptokrwij, który zostawia tylko ślady - nie jest niewidzialny, tam jest burer rzucający beczkami, który został z gry wycięty, mięsak, który zrobił na mnie największe wrażenie. Potem wychodzi gra, a ja czuję się jakbym dostał tylko przystawkę - gdzie te burery, gdzie otwarta gra, gdzie fizyka? Pomysł był świetny, ale niekomercyjny, większość gamerów chce iść do przodu, łatwo znajdować ścieżkę, skupiać się na gameplayu.



DDN: "Stalkier"? Nie "stoker" (wymowa angielska)?



MMG: W znaczeniu anglojęzycznym, stalker pojawia się w dziewięćdziesiątym pierwszym roku, ruski stalker pojawia się wcześniej, w siedemdziesiątym trzecim u Strugackich. Dlatego mam moralny obowiązek wymawiać to tak, jak oni: "stalkier".



DDN: Dla mnie stalker bardziej kojarzy się z literaturą, niż z grami...



MMG: Do Strugackich doszedłem przez S.T.A.L.K.E.R.-a, może dlatego, że jestem z zamiłowania historykiem, interesuje mnie historia socjologii, archeologia, mediawistyka. Zawsze postępuję w sposób "reverse engineering": i tak mediewistyka skierowała mnie do bizantynistyki, która zaprowadziła mnie do Rzymu, Rzym zaprowadził mnie do Grecji. "Piknik" przeczytałem dość późno... ze trzy lata temu?



DDN: I w ten sposób doszło do napisania książki?



MMG: To trochę trudniejsze. W dwa tysiące dziewiątym jestem na moim ostatnim wyjeździe średniowiecznym. Przez dziesięć lat robiliśmy rekonstrukcję Rusi Kijowskiej, dziesiąty-trzynasty wiek. Weekend majowy, pakujemy się już, wielka spina, i nagle mówimy: "olejmy turniej, jedźmy do zoo, do Płocka". Pojechaliśmy z naszą dwuletnią wtedy córeczką. Jednak później, jadąc samochodem - jazda jest ważnym elementem mojego życia - mówię żonie, że nie jestem w stanie żyć bez adrenaliny. Pierwszym pomysłem był "żołnierz przyszłości". Szybko przerodziło się to - po rosyjskim wieczorze - w spotkania asg (air soft gun) w klimacie stalkera.

W dwa tysiące dziesiątym jestem w Kaliningradzie, wchodzę do księgarni, a tu wielka półka: książki S.T.A.L.K.E.R.! Kupiłem od razu pudło książek, wróciłem do domu i zabrałem się za czytanie. Większość z tego, to był straszny chłam, dziko pojechany. Całość tego cyklu jest straszna, bo w pewnym momencie GSC podpisało umowę z rosyjskim wydawnictwem, na rosyjskim prawie licencyjnym. Na pięć lat przestali być de facto właścicielami marki stalker - gdyby Rosjanie chcieli, mogliby otwierać restauracje pod szyldem stalker, bądź nakręcić takiego pornosa.



DDN: Wciąż daleko do pisania...



MMG: Tu wchodzimy w literaturę! O napisaniu książki marzyłem od dwunastego roku życia, gdy odkryłem, że książki piszą ludzie, a nie biorą się one z księgarni. Pierwszą książkę zacząłem pisać, jak miałem lat dwanaście - nie skończyłem; drugą, jak miałem osiemnaście - nadal nie skończyłem, trzecią... jakieś trzy lata temu. Póki co mam dwa tomy tej ostatniej i może kiedyś do tego wrócę. Rok temu, w październiku, jechaliśmy z żoną samochodem. Asia mówi: "będziesz kiedyś kończył tę książkę? Weź, napisz coś ze stalkera!" od razu miałem pomysł na tytuł i pierwszy akapit. Tego samego dnia, zaraz po przyjściu do domu, napisałem trzy strony. Tak w kilka dni skończyłem "Mleczarnię", potem powstała "Szkoła". Po napisaniu "Wieży" wiedziałem, że to nie będą opowiadania, a książka. Potem zrobiłem rzecz absurdalną - napisałem do GSC z pytaniem, co mam zrobić, by książkę wydać. GSC odpowiedzieli, skierowali mnie do Siergieja Gruszko.



DDN: Czy był problem ze znalezieniem polskiego wydawcy?



MMG: Wysłałem szerokim wachlarzem maile do polskich wydawców, o treści w zasadzie sprowadzającej się do: "jestem nikim, napisałem książkę w świecie gry, która wyszła sześć lat temu, a licencja należy do Ukraińców". Większość wydawnictw mi nie odpisało, część mnie grzecznie spuściła na bambus, przy czym ostatnie wydawnictwo które się nie zgodziło, zrobiło to na dziesięć dni przed premierą "Ołowianego Świtu". No a ku memu zaskoczeniu wydania książkę podjęła się właśnie „Fabryka Słów”… Zaczęliśmy prace w lutym dwa tysiące trzynastego, czyli uwinęliśmy się w dwa miesiące.



DDN: Bezprecedensowo, jeśli o świat literacki chodzi.



MMG: Korespondowałem z niejakim Robertem Łakutą (właścicielem Fabryki Słów), nie wiedząc, z kim mam do czynienia. Trafiłem w bardzo zły dla wydawnictw czas, był akurat przełom roku,, a  pomimo to spotkałem się z bardzo ciepłym przyjęciem. Dowiedziałem się, że w planach (marzeniach?) wydawnictwa od dłuższego czasu było wydanie książek z cyklu stalker, co złożyło się na moje przebicie.



DDN: I tak książka ujrzała światło dzienne.



MMG: Pierwsze, co zrobiono w wydawnictwie po otrzymaniu mojego tekstu, to sprawdzenie trzech przypadkowych akapitów w wyszukiwarce. Byli wręcz pewni, że skądś to ściągnąłem i przysłałem plagiat 



DDN: Czy zaskoczony jesteś tak dobrym odbiorem książki?



MMG: Jestem zaskoczony tym, jak dużo ludzi pisze do mnie, interesuje się "Ołowianym świtem". Jest tam spory odsetek młodzieży szkolnej, nawet gimnazjalistów. To już nie jest nasze pokolenie, a nadal "czują" stalkera. Coś musi w tym być.


O kuchni w Klukovce pisać nie muszę  - robiłem to już wcześniej - ale i tak napiszę. Musztarda, której wcześniej spróbować nie miałem okazji, była diabelnie ostra, o kaszel przyprawiła nawet twardego stalkera, jakim jest Meesh. Roladki z łososiem wprost przeciwnie, należały do krainy smakowitej łagodności. Manty przypasowały autorowi, co zauważyć można na zdjęciu. Moje placki ziemniaczane przypomniały mi o dzieciństwie, moja Babcia robiła identyczne!

Z mantą w dłoni.

Naleśniki z łososiem.

Musztarda chrzanowa, ostra jak diabli!

Placki ziemniaczane ze śmietaną i łososiem.

Manty.

piątek, 15 listopada 2013

American Steak House

20-40zł
https://www.facebook.com/Americansteak

Kiedy przygotowywałem mapkę miejsc, które odwiedziliśmy zauważyłem, że obszar Ursynowa i Kabat jest straszliwie zaniedbany. W najbliższym czasie zamierzam to naprawić, częściej wybierając się w dalekie od domu regiony. Zaczynam od American Steak House - nowego dinera, który przejął urokliwą, acz pechową lokalizację (wcześniej padły tu dwie inne restauracje) tuż obok metra Natolin.

Z zewnątrz diner wyglądałby świetnie, gdyby nie wielkie, obrazkowe menu na ścianie. Hmm. Ten sam błąd szpeci wnętrze - mamy piękną tłoczoną tapetę, oryginalne grille samochodowe na ścianach, metalowe tablice a' la Jeffs, zasłony w flagę i... menu nad barem. No cóż, wygląd to nie wszystko, zabieram się do wyboru dań. Ceny dobre (promocyjna burgera - jedenaście złotych!), wybieram burgera i stek. Oba dania przygotowane na moich oczach - pomimo niskiej ceny, dba się tu o jakość jedzenia. Burger przychodzi pierwszy, wizualnie dobry, podany z frytkami i surówkami jest bardziej niż poprawny. Bułka zbita, trzyma się pomimo rozsądnej ilości sosu, mięso dobrej jakości, choć wolałbym słabiej wysmażone. Surówki standard: marchewka oraz colesław. Przechodzę do steka. Świetnie wysmażony, masło czosnkowe uzupełnia smak, dodatki są podobne, jak w przypadku burgera. Chyba wrócę tu na resztę oferty grillowej.

American Steak Hause jest dobrym, choć niepozornym dinerem. W swojej kategorii cenowej mogę bez wahania powiedzieć, że jest najlepszy. Na pewno wrócę tu ze znajomymi na męski wieczór - jedzenie, telewizor, alkohol ma się pojawić niebawem... Świetny klimat na mecz.
Z zewnątrz.

Coca cola zawsze trafia reklamą... do serca.

Bar.

Burger.

Burger i stek.

środa, 13 listopada 2013

Nowy Świat 22

 www.facebook.com/22nowyswiat
20-40zł

Tuż obok mojego ulubionego miejsca nocnych wycieczek - wiecznie zagrożonych likwidacją Pawilonów, niedawno powstało bistro, które dzięki jasnoniebieskim kolorom, widoczne jest już z daleka. Nie tylko kolorystyka jest dobrze dobrana. Już od progu możemy podziwiać doskonałe zagospodarowanie niewielkiej przestrzeni. Mianownikiem wspólnym wystroju jest Warszawa, do tego nawiązują też nazwy dań. Bielona cegła z warszawskimi zdjęciami, elegancki neon, stojak naścienny pełen butelek autorskiej wody. Jednak uwagę najbardziej przykuwa toaleta w formie drewnianej skrzyni, z eleganckim, czarnym wykończeniem w środku. Gdybym miał wybierać lokal bazując jedynie na pomysłowym designie, Nowy Świat 22 byłby w samej czołówce. A jak z jedzeniem?

Dawno nie jedliśmy naszych ulubionych burgerów, a że napis pod szyldem głosi: bistro & burger bar, to też o nie poprosiliśmy. Ja wybrałem Wolskiego Cwaniaka z bekonem, moja towarzyszka poszła w kierunku Intelygenta z Ochoty (wiadomo, Politechnika) z jalapeno, wszystko podane z frytami, keczup gratis. Ładne, ciemnodrewniane tacki, papier i chorągiewka z logo restauracji, czas zabrać się za jedzenie. I tu już gorzej - mięso cienkie, smażone na wiór, pomimo prośby o stopień średni. Bułka łatwo namaka sosem i rozpada się w rękach, jakby rodem ze znanej sieciówki, utrudniając konsumpcję - nawet przez ładny papierek. Frytyki dobre, choć nie jest ich specjalnie dużo i są zbyt grubo pokrojone.

Nie lubię się powtarzać, ale to zrobię: design - tak, jedzenie - nie. Poza burgerami w menu jest więcej pozycji, jednak wątpię, czy starczy mi odwagi na drugie podejście. Po raz kolejny widzę, że dobra lokalizacja i pomysł nie gwarantują smacznego posiłku.



Po warszawsku.

Toaleta.

Neon.

Bar.

Dobry design jest dobry.

środa, 30 października 2013

Dni kaukaskie w Klukovce

http://klukovka.pl/
20-40zł

Klukovkę odwiedziliśmy i opisaliśmy już jakiś czas temu, kuchnia dawnego ZSRR szturmem zdobyła moje podniebienie. W ostatni weekend wróciłem w okolice alei Jana Pawła II, przyciągnięty dniami kuchni kaukaskiej, czyli daniami rodem z Gruzji, Armenii i Dagestanu. Nie jest to pierwsza impreza tematyczna w Klukovce: wcześniej organizowane były między innymi dni koreańskie czy wieczór rosyjskich bardów. O kuchni i nie tylko, rozmawialiśmy z 
Andrzejem Szurkiem, mózgiem i sercem restauracji.

Damian Dawid Nowak: Czwartkową atrakcją był koncert na duduku...

Andrzej Szurek: Tak, to była inauguracja naszych dni. Duduk najpopularniejszy jest w Armenii i Gruzji - instrumenty, na których grali nasi goście były wykonane przez mistrzów z Armenii. Grę na duduku spopularyzował Djivan Gasparyan, który wykonywał muzykę (między innymi) do Gladiatora. Od czwartku zaczęliśmy też serwować część dań z kuchni kaukaskiej, najpopularniejsze okazały się chikali - gruzińskie pierożki z bulionem w środku. Z kilku naszych dań z normalnej karty musieliśmy zrezygnować, żeby mieć zaplecze na nowości. Charczo cieszyło się dużą popularnością, przygotowaliśmy dolmę w liściach winogron... Te dania nie powinny być nowością na Polskim rynku, kuchnia gruzińska jest znacznie bardziej popularna niż kuchnia uzbecka, która jest dominantą w naszym "radzieckim" menu. Tanie loty wymorzyły zainteresowanie Gruzją, gruzińskie wina i piwa stają się coraz bardziej znane i pożądane.

DDN: Wina gruzińskie stają się wszechobecne.

AS: W latach 90, czy nawet na początku dwudziestego pierwszego wieku, wina gruzińskie były niedostępne, były prawdziwym rarytasem. Alkohole Świata w Warszawie oraz Restauracja Sejmowa - dwa miejsca, gdzie można było ich spróbować. Boom nastąpił na przełomie 2005/6 roku, dzięki eksplozji ekonomicznej po wojnie Rosji z Gruzją. Gwałtowny eksport wielu produktów: wód mineralnych, oranżad, napojów anyżkowych, generalnie całej kuchni sprawił, że zachód mógł się z nimi zapoznać.

DDN: Poza daniami do karty trafiły nowe alkohole.

AS: Cha cha, siedemdziesięcioprocentowy alkohol. Dość niebezpieczny, bo przyjemny w smaku: lekko słodkawy, aromatyczny, tak duża dawka alkoholu jest w nim niemalże niewyczuwalna. Bardzo smakuje, a siedemdziesiąt procent robi swoje. Piwa gruzińskie, ormiańskie, co burzy stereotyp - już nie tylko koniaki i brandy. Brandy ormiańskie pije się w kieliszku z kawałkiem cytryny. Na południu jest inna kultura picia, obowiązkowo z toastami, rozwiniętymi i tradycyjnymi. Za gospodarza, z podziękowaniami, ale też: za ojczyznę. W Gruzji jest tradycja tamada - wodzireja, wyznaczającego hierarchię, decydującego, kto wznosi toasty, kierującego rozmową. Picie z rogu wymaga odstawienia go po toaście na stół, a żeby mógł stać bez uronienia kropli, trzeba wypić do dna... Może kiedyś zorganizujemy sobie tego typu wieczór w Klukovce?

DDN: To nie jest tak dalekie od polskiej tradycji - sami często podnosimy toasty.

AS: I tak, i nie. My lubimy szybkie toasty. Tam jest cała historia, nikt nie przyspiesza momentu picia. Ma to praktyczne właściwości, pozwala zachować trzeźwość umysłu - toasty muszą być błyskotliwe, jeśli dowcipne, nie mogą być głupawe. W wykonaniu mistrzów toastów często przyjmuje to formę przypowieści. Opowiadają oni historię pozornie niezwiązaną, a morałem nawiązującą do obecnej sytuacji. Żeby to poznać, trzeba przebywać z osobami z tamtej kultury.

DDN: Jakie są plany na najbliższą przyszłość?

AS: Na koniec listopada będzie u nas kuchnia żydowska. Na terenie dawnego ZSRR wykształciły się dwie grupy etniczne, które funkcjonują tylko tam: żydzi górscy i żydzi bucharscy z Uzbekistanu. Te dwie grupy mają swoją kulturę, swoją kuchnię, a Święto Chanuka jest idealną okazją do tego, by przybliżyć tamtejsze kuchenne zwyczaje. Czeka nas też mączny projekt, ale szczegóły zdradzę w niedalekiej przyszłości. Włączymy się też do organizacji festiwalu Sputnik. Jako alternatywę dla Halloween, proponujemy słowiańskie Dziady w Klukovce.

W ramach festiwalu spróbowaliśmy osławionych chinkali - pierogów z mięsem, oraz dolmy - mięsa zawiniętego w liście winogron. Do obu pozycji podany był sos śmietanowo-koperkowy. Chinkali to kuzyn baozi oraz naszych starych, dobrych pierogów - świetne, grube ciasto, z na wpół ugotowanym, słonym farszem. Na myśl przywodzą pelmeni. Chinkali natomiast dość lekkie, nie było przesadnie mięsne, za to przywodziło na myśl domowego gołąbka. Liście winogron były delikatne i dodawały daniu oryginalnego charakteru.

Karta

Dolma

Chinkali

Andrzej Szurek

czwartek, 17 października 2013

Naam Thai

20-40zł
https://www.facebook.com/naamthairestaurant

Tuż pod moim nosem otwarto nową restaurację tajską. Na początku pomyślałem, że lokalizacja nie wyjdzie im na dobre - parter szarego bloku, do tego niewidoczny z pobliskiej Trasy Łazienkowskiej. Jak się miało okazać, lokalizacja nie jest tak dużym minusem - nie w obliczu świetnej kuchni. Już nie tylko Santorini Kręglickich przyciąga amatorów dobrej kuchni w sąsiedztwo ulicy Saskiej.
Miałem przyjemność rozmawiać z szefową kuchni Chanunkan Duangkumma (wcześniej pracującą w Sunancie) oraz menadżerem lokalu.

Damian Dawid Nowak: Oryginalna kuchnia tajska, czy wizja szefowej kuchni?

Naam Thai: Mamy tu do czynienia z połączeniami. Kuchnia tajska ma około trzystu sześćdziesięciu dań tradycyjnych, dodajmy do tego, że każda rodzina ma swój sposób na przygotowanie konkretnych dań, a powstaje niemożliwa ilość kombinacji. Szefowa pracuje w kuchni od kiedy miała pięć lat: łączyła pracę w kuchni w restauracji swojego wujka w Tajlandii z nauką. Ogromne doświadczenie i dążenie do perfekcji w każdym daniu jest jej domeną. Wszystko co gotujemy, jest jej pomysłem: sama próbuje, sama przyprawia, a jeśli pojawiają się jakieś uwagi, sama rozmawia z klientami.

DDN: Czy kuchnia tajska jest popularna?

NT: Kuchnia tajska od dłuższego czasu cieszy się popularnością, ludzie szukali jej w Warszawie już od pewnego czasu. W wielu restauracjach odnajdujemy kuchnię pseudotajską, która nie jest autentyczna - nasi kucharze sami są Tajami, albo bezpośrednio się od nich uczyli. Istotna jest ręka, istotne jest obcowanie z kulturą - najważniejszą częścią dnia w Tajlandii jest wspólny posiłek, nikt tam nie je sam. Zawsze pośrodku stołu lub podłogi jest pełno jedzenia; gotujemy na talerzu, doprawiamy, mieszamy smaki. Dobrym przykładem jest nasza zupa z kaczki, którą podajemy wraz z przyprawami - każdy może sobie doprawić tak, jak lubi.

DDN: Czy klienci znają kuchnie tajską, szukają konkretnych dań?

NT: Jest kilka poziomów: ludzie, którzy znają się na tajskiej kuchni bardzo dobrze - ci nas testują. Znajdują się mniej więcej zorientowani, którzy wciąż szukają nowości. Pozostali nie mają pojęcia - tym z chęcią doradzamy i pomagamy znaleźć coś dla siebie. Weekendy są mocno obciążone, jeśli czytelnicy chcą się do nas wybrać na niedzielny obiad, sugeruję wcześniej dokonać rezerwacji.

DDN: Jakie plany na przyszłość ?

NT: Codziennie staramy się dodać coś nowego - przynajmniej trzy pozycje na tablicy są zmieniane, każdego dnia szefowa umieszcza nowy deser. Główną kartę chcemy zmieniać co trzy miesiące, dopasowując do pory roku.

DDN: Czy szefowa ma swoje ulubione danie?

NT (Chanunkan Duangkumma): Wszystkie! Nie chcę brzmieć jakbym była zuchwała, ale wszystko co tu podajemy jest naprawdę dobre. Inaczej nie trafiłoby do menu.
Kuchnia tajska ma pięć smaków: słodki z cukru palmowego, słony z sosu rybnego, kwaśny z cytryny, ostry z chilli oraz gorzki z ziół. Każde danie ma swój, unikatowy charakter. Dlatego też muszę przypomnieć, że to nie jest kuchnia wietnamska czy chińska - na danie trzeba poczekać, nie podaję czegoś, co w moim odczuciu nie jest doskonałe.

Spróbowaliśmy wcześniej wspomnianej zupy z kaczki, które rzeczywiście nabiera rumieńców pod wpływem podanych do niej przypraw: ostrej papryki i słodkiego sosu chilli. Szczerze, jest to jedna z lepiej podanych kaczek, z jakimi miałem ostatnio styczność - delikatne mięso w mocnym naparze, przesiąknięte intensywnymi przyprawami. Sałatka z karkówką na ostro, którą wybrałem jako danie główne, była w charakterystyczny sposób pikantna, a zachwyciła mnie fakturą dodatku - prażonego ryżu. Niemal pomyliłem go z orzechami! Całość w sosie z chilli i limonki, zadowoli wszystkich fanów tajskiej zieleniny.
Na deser słodka klasyka - sticky rice, tu w wersji "czarnej", z sorbetem mango. Jako całość jest bardzo słodkie oraz bardzo satysfakcjonujące, jest to udana wariacja na dobrze znany temat.


Bar.

Szefowa kuchni.

Zupa z kaczki.


Sałatka z karkówką na ostro.

Sticky rice.

Tajska czerwona herbata.

czwartek, 10 października 2013

Kalyan

https://www.facebook.com/KalyanRestauracjaIndyjska
20-40zł

Pisać o takich restauracjach to czysta przyjemność!
Kalyan to nie tylko dzielnica Thane (miasta w dzielnicy Maharashta), ale także niedawno otwarta restauracja indyjska, znajdująca się w dużym "okrąglaku" przy alei Stanów Zjednoczonych, na warszawskiej Pradze Południe. Wiele razy mijałem ten budynek, i jedyne z czym mi się kojarzył, to mało popularny fitness klub. Po klubie ślad zginął, za to budynek skrywa tajemnicę (promocja miejsca jest naprawdę fatalna, chociaż mały banner sporo by dał) bardzo dobrej restauracji indyjskiej.

O ile przeszklona fasada z nalepionymi literkami nie prezentuje się zbyt dobrze, tak wnętrze jest przyjemne i klimatyczne. Bar z ciemnego drewna, pasujące meble, bibeloty nawiązujące do kultury indyjskiej, stół do gry w indysjkiego bilarda - wszytsko buduje spójny, niekrzykliwy wizerunek pozbawiony tandety, często obecnej w tego typu miejscach.
Na początek dostajemy czekadełko - cienki placek z mąki z cieciorki Papadam, z dwoma sosami: miętowym, oraz z tamaryndowca. Na stolik wjeżdża też pierwsze lassi, w wersji mango na słodko. Zachwycające! Konsystencja pomiędzy napojem a jogurtem, słodki smak, orzeźwiająca lekkość - najlepsze lassi, jaki kiedykolwiek piłem!
Z zapartym tchem czekam na przystawki, po takim starcie oczekiwania wystrzeliły pod samo niebo. Próbujemy Chicken Samosa - pierożków nadziewanych kurczakiem i ziemniakami, oraz Paneer Pakora - indyjskiego białego sera w panierce. Pierożki obtoczone w kruchym cieście, o bardzo gęstym, sutym nadzieniu mogłyby spokojnie robić za drugie danie. Ser dość tłusty, ale dobry, panierka chrupiąca.
Na główne danie dwa zestawy, do których tradycyjnie dobraliśmy indyjski chleb (jest szeroki wybór chleba, ryżu i ziemniaków, podawanych na różne sposoby). Mutton Rogan Josh, czyli baranina w sosie pomidorowym była dość pikantna, a samo mięso zachwycało przyrządzeniem. W końcu miejsce, gdzie można zjeść prawdziwą baraninę, w prawdziwie dobrej wersji! Świetnie pasuje do tego słodkie lassi.
Chicken Korma natomiast jest daniem, które możemy bezpiecznie zaoferować nawet sceptykom kuchni indyjskiej - delikatny sos z nerkowców, niemal słodki a z charakterem jednocześnie.
Jako dodatek do dań wybieramy Aloo Paratha - mój osobisty przebój, placek z mąki razowej faszerowany ziemniakami, oraz Garlic Naan - klasyczny "chlebek" indyjski w wersji z czosnkiem i masłem.

Wizyta w Kalyan należała do bardzo udanych, a przy tym niezbyt kosztownych. Na tle warszawskich restauracji indyjskich, Kalyan wypada świetnie - wysoka jakość w przystępnej cenie. Na łamach bloga proszę o lepszą promocję miejsca, bo nie chciałbym, żeby tak dobre miejsce zniknęło z kulinarnej mapy Warszawy.

Mango lassi

Czekadełko

Chicken samosa

Paneer Pakora

Aloo Paratha

Cały obiad.

Stół do indyjskiego billarda.

Jak u maharadży za płotem.

Hmm, gdzie to jest?