Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia międzynarodowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia międzynarodowa. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 grudnia 2013

Wootwornia

Wootwornię znaliśmy już na długo przed otwarciem stacjonarnego lokalu – ich słoiki, zwłaszcza arbuz w wódce, wspominam niemal z rozrzewnieniem. Szeroka oferta wyśmienitych przetworów (arbuz w wódce!) zapewniała im wielkie zainteresowanie na wszystkich targach i innych imprezach okolicznościowych. Czas targów minął, dziecko dorosło i założyło własny dom – w Szarej Cegle, na ulicy Królowej Aldony, w lokalizacji którą możecie pamiętać z letnich targów i szkoleń.

Jak z jedzeniem? Zęby ostrzyliśmy sobie na oryginalnie wyglądający zestaw lunchowy, jednak dotarliśmy troszku za późno. Nic straconego! Na tablicy wypisane są liczne pozycje, które brzmią dobrze, ale brakuje w nich wspólnego mianownika - wszystko wydaje się zaczerpnięte z innej parafii. Zrobić taką kuchnię to wyzwanie, zrobić taką kuchnię dobrze – jeszcze większe. Wystrój, pomimo dość małego metrażu, bardzo do nas trafił, głównie przez kreatywne wykorzystanie skrzynek, z których zbudowano szafki barowe. Szkoda, że z samymi potrawami nie było tak dobrze. Decydujemy się na wariacje na temat ukochanej Azji: tatar z łososia z dodatkiem wasabi oraz smażony makaron. Podczas zamawiania spytano mnie o wersję ostro-nieostro. „Ostro!” powiedziałem pewnym głosem. Może za ostro? Ryba wędzona, który jak zgaduję była jeszcze dosolona, nie nosiła na sobie znamienia wasabi: ani smaku, ani charakterystycznego zapachu i koloru. Makaron był spolonizowaną wariacją na temat pad thaia. Sos ostry, tym razem realnie azjatycki, zabijał smak dodatków w postaci cukinii, pieczarek i kolendry. Brakowało tu odwagi by pójść konkretnie w stronę Azji lub Polski.

O ile przetwory wyznaczały standard i chętnie jeszcze po nie tu wpadnę, tak dania okazała się rozczarowaniem. Różne źródła zachwalają zmienność karty, i może w tym siła lokalu - jeśli nadejdzie okazja do kolejnej wizyty, spróbuję spojrzeć pod innym kątem. Póki co, zostaję przy słoikach.

Bar.

Lampki zapewniają dramatyczne oświetlenie.

Dobry design.

Tatar z łososia.

Makaron.

O! Te skrzyneczki!

czwartek, 26 września 2013

Obiad z... Jamesem Craigiem / MOMU.gastrobar

Po raz pierwszy w cyklu Obiad z... miałem przyjemność rozmawiać z pisarzem spoza Polski, autorem Londynu we Krwi - Jamesem Craigiem, który nasz kraj odwiedził w ramach promocji swojej najnowszej książki Milcz nawet po śmierci. Ten wyjątkowy rozmówca wymagał wyjątkowego miejsca, dlatego zdecydowałem się na powrót do wychwalanego wcześniej MOMU, który niedawno zmienił menu. Zarówno wywiad, jak i lunch uważam za bardzo udany.

Damian Dawid Nowak: Pańska pierwsza książka (Londyn we Krwi) została w Polsce bardzo dobrze przyjęta, co jest przyczyną tego sukcesu ?

James Craig: Jedną z zalet gatunku, jakim jest kryminał, jest jego uniwersalność. Możesz sięgnąć do książki będąc w dowolnym miejscu kuli ziemskiej i od razu dać się wciągnąć w intrygę. Po drugie, zauważyłem, że jak na wielkie miasto, w Londynie jest osadzonych stosunkowo mało kryminałów. Myślałem, że jeśli uda mi się przedstawić współczesnego inspektora, żyjącego w samym centrum miasta - dosłownie, bo komisariat znajduje się minutę pieszo od Trafalgar Square - to zafascynuje to ludzi. Postaci, bo to właśnie dla postaci wracamy do książek, są realistyczne, bardzo zależało mi, żeby zarówno główny bohater, jak i pozostali, nie byli superbohaterami, żeby byli bardzo ludzcy. Umieszczenie ich w realnych lokalizacjach sprzyja temu celowi.

DDN: Czytając recenzje, nie sposób pominąć porównania do trylogii Milenium. Jak Pan się do tego ustosunkowuje ?

JC: Cieszy mnie to, w końcu każdemu pisarzowi zależy, żeby ludzie wiedzieli o istnieniu jego książki. Pierwsza książka z cyklu Millenium siedziała u mnie na półce z sześć miesięcy, ale kiedy za nią się zabrałem, nie byłem w stanie przestać! A jest o dziennikarzach, nie znoszę dziennikarzy, sam kiedyś byłem jednym z nich! (śmiech)
Autor pozwala sobie na ciekawe komentarze społeczne, jeśli ludzie widzą tu analogie do moich publikacji, bardzo mi to schlebia.

DDN: Myślę, że po części za sukces Londynu w Ogniu odpowiedzialne są odważne sceny seksualne.

JC: To są fragmenty, podczas pisania których jestem najostrożniejszy. Mówiąc w kontekście Millenium, jasne jest, co Larsson chciał przekazać, chciał zwrócić uwagę na problem przemocy wobec kobiet. W moich książkach jest znacznie mniej brutalności. Jestem człowiekiem stabilnym emocjonalnie, o jasnej hierarchii wartości z rodziną na szczycie. Promowanie przemocy nie leży w moim interesie, nie byłoby nawet autentyczne. W mojej książce, w Londynie we Krwi są sceny homoseksualnej przemocy. Czytając negatywne opinie, złe recenzje, jest to najczęściej krytykowany fragment. Chciałem uniknąć schematów: jeśli w historii kryminalnych jest kobieta, musi być ofiarą, nie piszę też porno, nie umiem pisać romansów -  moja żona mówi, że nie jestem romantykiem. W Anglii seks i przemoc występują razem, jak ryba i frytki, są oczekiwane w duecie. Osadzając kobietę w postaci ofiary, pozostają dwie opcje: albo odwrócić role pokazując, że naprawdę nie była ofiarą, albo pozwolić jej na szybką zemstę.

DDN: Co może Pan powiedzieć o wchodzącej właśnie na polskie półki Milcz nawet po śmierci ?

JC: Że polski tytuł jest lepszy od oryginalnego! (Never apologise, never explain)
Historia zaczyna się od morderstwa starszej pani, Claryle (główny bohater serii) chce sprawę od razu zakończyć, przekonany o winie jej męża. Jednak, gdy ten się nie przyznaje, bohater zaczyna węszyć, znajdując obsesję życiową denatki - śmierć brata sięgającą niemal czterdzieści lat wstecz. Historię zainspirowała realna sprawa, o której kiedyś przeczytałem w gazecie. Zafascynowała mnie uporczywość, z jaką ludzie potrafią dążyć do celu, ich niezłomność przez tyle lat. Jednak żadne z nazwisk, czy dalsza część historii, nie opierają się na faktach. Jedyną realną postacią występującą w książce jest właściciel kawiarni - Marcello. A co i do niego, miałem wątpliwości.

DDN: Jak przebiega Pańska wizyta w Polsce?

JC: Pisanie książki to długi proces. Pierwszą osobą, która czyta moją książkę, jest moja żona. To, że tutaj siedzimy jest efektem pięciu, sześciu, nawet siedmiu lat pracy, jest to zarazem najprzyjemniejszy etap procesu. Bardzo dobrze jest móc spotkać się z prawdziwymi ludźmi, a nie tylko z postaciami w mojej głowie.
(śmiech)
To jest moja druga wizyta tutaj, po trzydziestu latach mieszkania w Londynie, dostosowałem się do miejskiego trybu życia. Nie znoszę wybierać się gdzieś jako turysta. Taksówki, brak pojęcia o geografii, poznawanie całości na bardzo powierzchownym poziomie... Kiedy już się . W Warszawie mam poczucie przestrzeni - ulice są w systemie greckim, znacznie łatwiejsze do poruszania się niż Londyn, który nie zna prostej ulicy. 

DDN: Na co zwraca Pan uwagę wchodząc do restauracji ?

JC: Po pierwsze, na ilość gości - mała zawsze źle świadczy o lokalu. Choć miałem kiedyś w Londynie swoją ulubioną restaurację meksykańską, a muszę przypomnieć, że kuchnia meksykańska cieszy się sporą popularnością. Pomimo tego, i naprawdę dobrej kuchni, niemal zawsze byłem tam jedynym klientem. To było w godzinach lunchu, jeden tylko raz wybrałem się po osiemnastej i... nie byłem w stanie wejść, tłum tarasował wejście, a butelki tequili latały przez cały bar.
Staram się też omijać pułapki turystyczne, miejsca drogie i popularne, a niekoniecznie zapewniające dobrą jakość. 

DDN: Wegetarianizm jest przejawem Pańskiej filozofii ?

JC: Kiedy dorastałem, panowały nastroje antynuklearne, antykorporacyjne, antywojenne. Wegetarianinem zostałem za czasów studiów, moje umiejętności gotowania były na tyle słabe, że nie robiło mi to różnicy.
(śmiech)
Poważnie mówiąc, nie odpowiada mi sporo spraw związanych z hodowlą zwierząt, więc nie przykładanie ręki do ich cierpienia jest moim świadomym wyborem. Pamiętam, że pierwszy biznesowy lunch, na jaki byłem zaproszony miał miejsce w siedzibie firmy mięsnej. Gdy odmówiłem swojej porcji mięsa, na sali zapadła grobowa cisza, jakbym śmiertelnie kogoś obraził.

DDN: A jak smakuje Panu w MOMU?

JC: Jest dobrze, zarówno zupa, jak i napój mi odpowiadają. Nie są to rzeczy, które sam dla siebie bym wybrał. Czasem człowiek przychodzi do restauracji z konkretnym pomysłem, a czasem nie jest pewien, co chce wybrać. Obsługa pomogła mi dziś dokonać decyzji i dobrze się przy tym spisała.

Menu, pomimo zmiany pozostaje nieczytelne - startery w środku, dziwna mieszanka angielskiego i polskiego, niezręczne nazwy... Wszystko wybaczam próbując dań, które znowu zdobyły moje podniebienie. Na początek wegetariańska zupa tajska, którą zarówno ja, jak i mój gość uznaliśmy za bardzo udaną. Stek z sosem z kaparów był idealnie wysmażony, z lekką nutą krwistości, która cudownie komponowała się z słonawym sosem kaparowym, mocno okraszonym zielonym pieprzem. Do tego warzywa z grilla i ziemniaczki, kompletny lunch w nowoczesnej wersji. Na deser tiramisu - najmniej ciekawa część posiłku, niczym nie odbiegała od "ciastkarniowego" standardu.

Wegetariańska zupa tajska.

Tiramisu / zupa tajska w wersji mini.

Stek w sosie z kaparów.

James Craig

poniedziałek, 9 września 2013

Kuchnia Funkcjonalna

20-40zł
www.facebook.com/pages/Kuchnia-Funkcjonalna

-Wybierasz się do Kuchni Funkcjonalnej? Zarezerwuj sobie z trzy godziny przynajmniej.

Tak poinstruowany, znalazłem drogę do domku jednorodzinnego, zlokalizowanego tuż obok Ronda Waszyngtona, na ulicy Jakubowskiej. Surowa architektura Domu Funkcjonalnego (poza restauracją znajduje się tu galeria) jest dziełem Czesława Przybylskiego, a miejsca pracy udzielała wielu artystom.
Kuchnia Funkcjonalna zdobyła niemal jednogłośny poklask krytyków kulinarnych, tym bardziej postanowiłem spojrzeć na zawartość talerza krytycznym okiem. 

Siadamy na ogródku, chwytając ostatnie promienie letniego słońca. W karcie: prosto, przejrzyście, naturalnie, z polskim akcentem. Na początek decydujemy się na dwa chłodniki - arbuzowy oraz z rabarbaru, a dalej: filet z kaczki oraz stek z polędwicy wołowej. Pomimo tego, że jesteśmy jedynymi jedzącymi klientami, czas oczekiwania ciągnie się w nieskończoność. Na szczęście miło się siedzi, pomimo surowej szarości, panuje tu lekka atmosfera. Dania docierają.
I tu recenzje należałoby rozdzielić na dwie części - zupy i drugie dania. Pierwsza część mnie rozczarowała, zwłaszcza mając w pamięci lekki i aromatyczny chłodnik z Przepisu, nie mogłem pozbyć się wrażenia, że wersja Kuchni Funkcjonalnej jest przesadnie przyprawiona i dziwnie niezdecydowana smakowo, słodko-gorzka. Nie przepadam też za makaronem orkiszowym podanym na słodko...
Następnie zwrot o 180 stopni! Polędwica wołowa boska, idealnie różowa w środku, z przyjemnym dodatkiem sosu orzechowego i grillowanymi warzywami. Kaczka prosta, w lekko słonym sosie, podany z porem i kopytkami. Zestawienia udane i pełne smakowo, zaprzeczające wcześniejszej zupnej konfuzji. Do wszystkiego woda arbuzowa, w smakowity sposób zgasiła pragnienie.

Na Kuchnię Funkcjonalną warto spoglądać, bo pojawiają się tu pozycje ciekawe i dobre, jednak nie brakuje też błędów eksperymentatora. Miejsce przesiąknięte jest kulturą, dlatego jestem w stanie wybaczyć nieśpieszne zachowanie obsługi. Czy wrócę? Pewnie tak, z zapasem czasu i nutą niepewności.


Woda arbuzowa.
Chłodnik arbuzowy.

Filet z kaczki.

Stek wołowy z warzywami.
Chłodnik z rabarbaru.
Wejście.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Przepis

20-40zł
www.facebook.com/przepis.gastrocaffe

Na uliczce znanej mi z tego, że istnieje tu świetny, choć wyglądem przyprowadzający na myśl głęboki PRL, fryzjer męski, otworzyło się nowe, klimatyczne miejsce. Codziennie nowe menu, ogłaszane na tablicy facebookowej i ściennej-kredowej, zawsze jest dla mnie sygnałem, że kuchnia może być warta uwagi. Nie pomyliłem się.

Wnętrze miksowane, trochę tego, trochę tamtego, ale wszystko gra. Spodobał mi się strop drewniany, ostatnio taki widziałem chyba w restauracji Adamczyka. Przepis jest fuzją kawiarni i restauracji, dlatego poza osobami obiadującymi, możemy spotkać pracusiów z laptopami - spokój miejsca temu sprzyja. Całość okraszona niemal domową atmosferą, pod czujnym okiem właścicielek.

Na początek, dobra zupa. Ja wybrałem chłodnik arbuzowy, i od razu muszę pochwalić - jeden z najlepszych, jakie jadłem! Jasny, rześki smak, rzadka konsystencja, świetne, letnie danie! Na wierzchu liść mięty, po prostu zachwyt. Dziewczyny wybrały zupę szczawiową, za którą osobiście nie szaleję, ale im podeszła, co jak twierdzą "nie jest częstym przypadkiem".
Na drugie jednomyślnie wybraliśmy szaszłyk z kurczaka, podany z sałatą i kaszą. Kasza i kurczak to dobre połączenie, na szaszłyku znalazły się też papryka, ananas i cukinia, wszystko polane słodkawym sosem. W sosie pływała też sałata, co dla odmiany nie było najlepszym posunięciem.

Kuchnia dobra, choć troszeczkę chaotyczna. Warto obserwować, czaić się na fejsbuku na wyjątkowe dania - intuicja mi podpowiada, że tu takich doświadczymy. Dodatkowym plusem jest lokalizacja, która pozwala nam, pomimo bliskości Placu, na odpoczynek w niemal kompletnej ciszy. 


Moje drobne rączki rwą się do chłodnika arbuzowego.
Zupa szczawiowa.

Szaszłyk z kurczaka.

Mada i Marlenka dziubią.

sobota, 6 lipca 2013

Koszyki

do 20zł

Juliusz Dzierżanowski zaprojektował Halę Targową Koszyki na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku. Po licznych perypetiach i częstych zmianach właścicieli, pod skróconą nazwą ale za to z pełnym asortymentem, Koszyki powracają, pełniąc podwójną funkcję: gastrobaru (przekąska + drink) oraz targu żywności naturalnej.
Rozmawialiśmy z jedną z właścicielek.

Damian Dawid Nowak: Kto napełnia koszyki w Koszykach?

Koszyki: Producenci regionalni, m.in. Pan Ziółko, który własnoręcznie uprawia zioła, oraz importerzy z Grecji, Włoch i nie tylko. Nie chcieliśmy się skupiać jedynie na produktach regionalnych, bo takie bazary już istnieją, zależało nam na szerokim przekroju produktów. Cały czas szukamy, nie mamy skończonej listy dostawców, jesteśmy otwarci na propozycje.

DDN: A co zjemy na miejscu?

K: Jedzenie z produktów, które dostępne są na bazarze. Półprodukty, czy całe produkty dostępne na barze, na przykład ciasta, bierzemy od naszych wystawców. Przygotowujemy bardzo proste dania, coś pomiędzy tapas a przekąskami, można zamówić trzy dania w ramach obiadu, lub jedno, jeśli ktoś chce przekąsić coś dobrego.

DDN: Jakie są priorytety gastrobaru?

K: Zależy nam na niskich cenach, zarówno jedzenia, jak i drinków. W Warszawie przyjęło się, że albo idziemy na wódkę i piwo, albo do eleganckiego coctail baru. My chcemy stworzyć alternatywę z drinkami w cenie do piętnastu złotych. W innych barach jest to kwestia około dwudziestu pięciu złotych - dla mnie, jest to cena kolacji z napojem. Nie chcę rozdzielać gastronomii od alkoholu, zwłaszcza, że bez przekąszania nie jestem w stanie wypić wielu drinków (śmiech)

DDN: Kto jest pomysłodawcą projektu?

K: Tu będzie cała litania! Justyna, Basia, Marysia - trzy siostry, oraz Tomasz i Filip.


Spróbowaliśmy trzech przekąsek: ziemniaczków, wołowiny po burgundzku oraz sałatki z komosy. Wołowina gotowana z marchewką, bardzo delikatna, wręcz rozpadała się w ustach. Sos miał bardzo wyrazisty smak, dobrze pasujący do pieczonych ziemniaków, które były przyprawione rozmarynem. Bardzo podobne robię czasem w domu, może czas wrzucić przepis? Najciekawszą pozycją była zachwycająca sałatka z komosy, wyraźnie smakująca cytryną. Prawdziwą, nie aromatem! W środku bób, awokado, wyczuwalne nuty chilli i kminu.

W planach mamy udać się tu na mocne drinkowanie, więc niedługo możecie się spodziewać uzupełniania artykułu o paręnaście procent.  



Tak podawane są przekąski.
Rzut z lotu ptaka (czy raczej z długości mojego ramienia).

Ciasta i tarty, gdy ktoś uparty.

Rozmowy na szczycie.
Ziemniaczki z rozmarynem i wołowina po burgundzku.

Sałatka z komosy.
Chcę być vintage.

Ponieważ koszyki to nie tylko restauracja, zasłużyły na cały katalog zdjęciowy na naszym FB!

poniedziałek, 24 czerwca 2013

A Nóż

W ostatni weekend, wczesnym wieczorem (koło 21), znalazłem się z rodziną na Mokotowie. Spacerując od lodziarni przy Morskim Oku w kierunku Różanej, napotkaliśmy parę restauracji, z czego większość witała nas smutnymi minami i hasłem "kuchnia zamknięta". Na odsiecz przybył "A Nóż", niedawno otwarta (marzec 2013), restauracja z kuchnią międzynarodową.

Lokal o bardzo miłym dla oka wnętrzu, z charakterystyczną, geometryczną aranżacją jasnego drewna. Niestety, ze względu na spontaniczny charakter wyjścia, nie miałem przy sobie aparatu - dziś wystarczyć muszą zdjęcia z komórki, oraz moje słowo. Pierwsze spojrzenie w kartę, i już mnie mają - prosecco z kija! Dalej: burgery, pizze, steki, makarony, sałaty... Dość szeroki przekrój, a wiadomo, że im więcej pozycji, tym większe ryzyko produktów "drugiej świeżości". Próbujemy.

Na początek pizze. Vesuvio, czyli standard z szynką i pieczarkami, oraz Rucola, z (ku zaskoczeniu wszystkich) rucolą, szynką parmeńską, suszonym pomidorem oraz balsamico. Ciasto pizzy bardzo dobre - cienkie i kruche, dobre proporcje składników sprawiają, że ciasto nie opada. Niestety Rucola, pomimo dobrej jakości składników, była zbyt gęsto polana balsamico - całkowicie zdominował smak pizzy. 
Żeby tradycji stało się zadość, spróbować musiałem też burgerów - padło na bardzo ciekawie brzmiącego Plum. Śliwka, boczek, czerwona cebula, boczek, świetne zestawienie. O rozczarowującej, taniej bułce zapomniałem, gdy tylko spróbowałem mięsa - tak powinien smakować burger! Śliwka bardzo dobrze uzupełnia smak, tworząc słodko-słoną kombinację.
Na deser blok czekoladowy, podany z musem malinowym oraz białym kremem. Bardzo ambiwalentne uczucia - mus przepyszny, świeżutki, blok za słodki, krem nijaki. Po całości 3, siadaj. 

Jakiś czas temu pisałem o "miejscu hipsterskim". A Nóż wpisuje się w ten trend, biorąc z niego to co dobre, tworząc spójną wizję lokalu z ładnym wnętrzem i sprawną obsługą. Najgorszym mankamentem jest toaleta - blaszane ściany, wiaderko-umywalka, nagie rury... "you never go full hipster". Kuchnia dobra, z pewnością powrócę by spojrzeć, co znajduje się pod ostrzem noża.



Pizza Rucola

Pizza Vesuvio
Plum Burger
Blok czekoladowy