Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pisarz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pisarz. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 października 2013

Obiad z... Jo Walton / Restauracja Bagatela



Gdy dowiedziałem się, że będę mógł porozmawiać z Jo Walton, byłem naprawdę podekscytowany. Jest ona nie tylko autorką wielokrotnie nagradzanych książek – „Wśród Obcych” to najczęściej nagradzana powieść ostatniego dziesięciolecia - ale i amatorką dobrej kuchni, publikującą na swojej stronie własne przepisy. Nie mógłbym sobie wymarzyć lepszego gościa! Jako tło dla rozmowy wybrałem Restaurację Bagatela, która cieszy się bardzo dobrą opinią, ale na moje kulinarne wrażenia będziecie musieli poczekać do końca tekstu.

Damian Dawid Nowak: Konkretny pomysł na obiad?

Jo Walton: Nie, kusi mnie kaczka, ale nie tym razem. W ostatni weekend było kanadyjskie Święto Dziękczynienia, w naszym przypadku obeszliśmy je wcześniej, ponieważ wyjeżdżałam. Kaczkę zrobiłam w czwartek, a w sobotę dziewczyna mojego syna ugotowała indyka...

DDN: Brzmi jak uczta każdego dnia.

JW: Łatwo odmawiam słodyczy, ale to tłuste rzeczy są tak dobre, że nie sposób z nich zrezygnować (śmiech)

DDN: Przejdźmy do sedna. Jak można połączyć kulinaria i literaturę?
JW: Tytuł mojego LiveJournal - "Czytanie, pisanie i co jest na obiad" podsumowuje moją filozofię życiową. Piszę, czytam, gotuje, jem - to wszystko to ważne części mojego życia. Myślę, że małe radości są znaczące i sprawiają, że życie jest dobre.

DDN: Jakie jedno z lubianych przez Panią dań mogłoby zostać przez Panią polecone naszym czytelnikom?

JW: Tak trudno jest wybrać jedno danie! Wszystko zależy od składników. To co jest teraz bardzo popularne w Montrealu, to gotowanie sezonowe z obecnie dostępnych produktów, pochodzących z konkretnych miejsc. Właśnie pojawiły się jabłka, więc widać je w wielu kuchniach. Ostatnio powstała moja pełna, "dorosła" strona internetowa - tam można odnaleźć sporo przepisów, głównie na słodycze.

DDN: Filozofię życiową już znamy, jaka jest filozofia gotowania?

JW: Moja filozofia gotowania... pisałam już o tym. Przepis to lista konkretnych rzeczy, które musimy kupić by uzyskać konkretny efekt. W prawdziwym życiu nigdy tego nie robię! Zwykle idę na targ: to wygląda dobrze, tamto jest smaczne... Wracam do domu z masą rzeczy i próbuję wymyślić: co da się z tym zrobić? Muszę zaplanować ile osób i kiedy będzie to jadło. Zwykle jem tylko ja i mój mąż, dlatego kaczka wystarcza na kilka dni: może później zrobię z niej placek? Może podam zimne udko do kanapki na śniadanie? Właśnie to ostatnio zrobiłam! Moje gotowanie nie jest sztywne, nie jest formalnym gotowaniem od "czystej kartki".

DDN: Ludzie zapominają, że gotowanie może być zabawą.

JW: Dokładnie! Gotowanie z kimś komu odpowiada twój styl przyrządzania potraw jest wspaniałe. Kiedyś zastanawialiśmy się, co zrobić z pozostałością awokado. "Może gazpacho?" "Czym jest gazpacho?" "Meksykańska zupa z chilli." "Jestem uczulona na chilli." "Możemy zrobić bez chilli." Awokado, ogórek, melon, pomidory, rosół - było dość słodkie, nie gotowane, podane jako chłodnik... Po prostu wspaniałe!

DDN: Współpraca w kuchni jest tak ważna, jak podział obowiązków.
JW: W domu gotuję i zmywam ja, mąż sprząta i całkiem dobrze to działa. Tak długo, jak są jasno wyznaczone granice, wszystko działa. Pracuję w domu, jestem pełnoetatową pisarką, dlatego można by pomyśleć, że skoro już tam jestem, mogłabym robić wszystko. Na szczęście mamy podział, mąż sprząta cały dom w niedziele... to jest świetne (śmiech). Z gotowaniem by sobie sam nie poradził. Kiedyś wróciliśmy późno w nocy, mąż nie czekając na mnie próbował zrobić makaron z serem i bekonem, proste i szybkie danie, ale pominął etap gotowania makaronu... Po wszystkim powiedział z nieszczęśliwą miną: "Makaron nie zmiękł tak, jak kiedy ty to robiłaś."

DDN: Przechodząc do części literackiej naszego wywiadu, chciałbym spytać jak na Pani styl wpłynęła praca przy pisaniu gier RPG (Role Playing Games - gry fabularne)? Sam jestem wielkim fanem.

JW: Myślę, że pisanie nieliterackie uczy bardziej zwięzłego, esencjonalnego stylu - cały czas jesteś edytowany. Myślę, że przed tym byłam gorszą pisarką. Gry RPG, ale nie tylko one, bo byłam wtedy edytorką przewodnika kulturalnego, nauczyły mnie zwięzłości oraz pisania ostrzejszych, celniejszych zdań. Prowadzenie gier natomiast dało mi pewność siebie - jeśli jestem w stanie kierować kampanią z czterema żywymi graczami, zaczynając we wrześniu, pozwalając im co tydzień robić to, co chcą, a w grudniu doprowadzić do momentu kulminacyjnego, to potrafię napisać książkę.

DDN: Nad czym teraz Pani pracuje?

JW: Skończyłam właśnie pisać moją największą fikcję historyczną - "My real children", która pokazuje dwa różne spojrzenia na drugą połowę dwudziestego wieku. Rozszczepienie zaczyna się w 1949. Dwie wersje wszystkiego, co zdarzyło się pomiędzy 1949 a dniem dzisiejszym. Główna bohaterka ma szczęśliwe życie w jednym świecie, który sam nie jest w najlepszej kondycji, natomiast w drugim nie jest tak szczęśliwa, za to świat jest bardziej poukładany. Dając "polski" przykład, w milszym świecie Rosjanie nie atakują Bułgarii, praska wiosna rozprzestrzenia się we wschodniej Europie. To co zdarzyło się w 1989 dzieje się wcześniej, lecz nie tak gwałtownie; powstaje Unia Europejska i Unia ZSSR w roli socjaldemokratów. W gorszej wersji są trzy wielkie, nuklearne potęgi - Europa, izolacjonistyczne Stany oraz Rosja. Nie było trzeciej wojny światowej, ale była wymiana pocisków: Miami i Kijów, Kuba... Polityka jest tylko tłem, a ten drugi świat jest tym, w którym bohaterka jest spełniona. Ta książka jest nietypowa w swoim gatunku, mogę nawet powiedzieć, że feministyczna na swój sposób. Science fiction nie jest pełne tego typu perspektywy.

DDN: Brzmi jak coś, co wymagało masy przygotowań.

JW: I Tak, i nie. Zwykle, kiedy przygotowuję książkę, przez dziesięć lat wcześniej czytam "przypadkowe" teksty. Historia jest moją pasją. Dopiero, kiedy siadam do pisania, wszystko układa się w sensowną całość. Podczas pisania uczę się, poszukuję, jednak nie byłabym w stanie napisać mojej książki bez dziesięciu lat spędzonych na zapoznawaniu się z historią Świata. W tej pozycji jest bardzo mało Stanów Zjednoczonych - mam wrażenie, że science fiction jest nimi przesycone. Książka skupia się na całościowo na Europie oraz dokładniej na Wielkiej Brytanii.

DDN:W Polsce właśnie debiutuje "Wśród obcych", najbardziej nagradzana książka ostatniego dziesięciolecia.

JW: Tak, "Wśród obcych" to moje najpopularniejsze dziecko. Jest to historia dziewczynki, która uratowała świat, jednak nikogo to nie obchodzi. W pewien sposób jest mitologizacją części mojego życia, epizodu sprzed trzydziestu lat. Ucieszyłam się, gdy książka nie wygrała nagrody World Fantasy Award - żadna książka dotychczas nie zebrała trzech głównych nagród, a jeśli byłaby to moja pozycja, to boję się, że nie byłabym w stanie pisać, mając na uwadze tak duże oczekiwania stawiane mojemu nowemu tekstowi.

Restauracja zrobiła na mnie pośrednie wrażenie. Po pierwsze, trudno znaleźć wejście - jest głęboko w bramie, a gdy spytałem o kierunek wychodzącego z drzwi pracownika, odpowiedział takim tonem, jakbym próbował wejść na zamkniętą imprezę bez zaproszenia. Obsługa nie zachwycała, biorąc pod uwagę raczej średnie umiejętności językowe - z Jo Walton rozmawiałem w jej ojczystym języku, kelner zdawał się zwracać jedynie do mnie, sporadycznie kalając swoje usta angielskim. Restauracja mieści się w piwnicy, dodatkowo wystrój przypomina hobbicią norkę, z wszystkimi plusami i minusami tego określenia - przytulnie, niemal babcinie, za to brak naturalnego światła był drażniący. Kuchnię można podzielić w bazowy sposób: na zupy i dania główne. Pierwsze nam zdecydowanie nie odpowiadały: mój krem z dyni był pozbawiony wyrazistości i smaku, autorka jasno stwierdziła, że jej chłodnik z buraków jest zbyt słodki. Za to drugie dania to zwrot o 180 stopni! Czarny makaron zachwycał bogatością dodatków; kaczka, cytując "najlepsza jaką w życiu jadłem", oraz uśmiech na twarzy Jo! Nie wiem, czy tyczy się to również pozostałych potraw, ale bazując na spróbowanych przez naszą trójkę mogę śmiało polecić Bagatelę jako miejsce, w którym skosztować można niebagatelnych smaków drugiego dania.










czwartek, 26 września 2013

Obiad z... Jamesem Craigiem / MOMU.gastrobar

Po raz pierwszy w cyklu Obiad z... miałem przyjemność rozmawiać z pisarzem spoza Polski, autorem Londynu we Krwi - Jamesem Craigiem, który nasz kraj odwiedził w ramach promocji swojej najnowszej książki Milcz nawet po śmierci. Ten wyjątkowy rozmówca wymagał wyjątkowego miejsca, dlatego zdecydowałem się na powrót do wychwalanego wcześniej MOMU, który niedawno zmienił menu. Zarówno wywiad, jak i lunch uważam za bardzo udany.

Damian Dawid Nowak: Pańska pierwsza książka (Londyn we Krwi) została w Polsce bardzo dobrze przyjęta, co jest przyczyną tego sukcesu ?

James Craig: Jedną z zalet gatunku, jakim jest kryminał, jest jego uniwersalność. Możesz sięgnąć do książki będąc w dowolnym miejscu kuli ziemskiej i od razu dać się wciągnąć w intrygę. Po drugie, zauważyłem, że jak na wielkie miasto, w Londynie jest osadzonych stosunkowo mało kryminałów. Myślałem, że jeśli uda mi się przedstawić współczesnego inspektora, żyjącego w samym centrum miasta - dosłownie, bo komisariat znajduje się minutę pieszo od Trafalgar Square - to zafascynuje to ludzi. Postaci, bo to właśnie dla postaci wracamy do książek, są realistyczne, bardzo zależało mi, żeby zarówno główny bohater, jak i pozostali, nie byli superbohaterami, żeby byli bardzo ludzcy. Umieszczenie ich w realnych lokalizacjach sprzyja temu celowi.

DDN: Czytając recenzje, nie sposób pominąć porównania do trylogii Milenium. Jak Pan się do tego ustosunkowuje ?

JC: Cieszy mnie to, w końcu każdemu pisarzowi zależy, żeby ludzie wiedzieli o istnieniu jego książki. Pierwsza książka z cyklu Millenium siedziała u mnie na półce z sześć miesięcy, ale kiedy za nią się zabrałem, nie byłem w stanie przestać! A jest o dziennikarzach, nie znoszę dziennikarzy, sam kiedyś byłem jednym z nich! (śmiech)
Autor pozwala sobie na ciekawe komentarze społeczne, jeśli ludzie widzą tu analogie do moich publikacji, bardzo mi to schlebia.

DDN: Myślę, że po części za sukces Londynu w Ogniu odpowiedzialne są odważne sceny seksualne.

JC: To są fragmenty, podczas pisania których jestem najostrożniejszy. Mówiąc w kontekście Millenium, jasne jest, co Larsson chciał przekazać, chciał zwrócić uwagę na problem przemocy wobec kobiet. W moich książkach jest znacznie mniej brutalności. Jestem człowiekiem stabilnym emocjonalnie, o jasnej hierarchii wartości z rodziną na szczycie. Promowanie przemocy nie leży w moim interesie, nie byłoby nawet autentyczne. W mojej książce, w Londynie we Krwi są sceny homoseksualnej przemocy. Czytając negatywne opinie, złe recenzje, jest to najczęściej krytykowany fragment. Chciałem uniknąć schematów: jeśli w historii kryminalnych jest kobieta, musi być ofiarą, nie piszę też porno, nie umiem pisać romansów -  moja żona mówi, że nie jestem romantykiem. W Anglii seks i przemoc występują razem, jak ryba i frytki, są oczekiwane w duecie. Osadzając kobietę w postaci ofiary, pozostają dwie opcje: albo odwrócić role pokazując, że naprawdę nie była ofiarą, albo pozwolić jej na szybką zemstę.

DDN: Co może Pan powiedzieć o wchodzącej właśnie na polskie półki Milcz nawet po śmierci ?

JC: Że polski tytuł jest lepszy od oryginalnego! (Never apologise, never explain)
Historia zaczyna się od morderstwa starszej pani, Claryle (główny bohater serii) chce sprawę od razu zakończyć, przekonany o winie jej męża. Jednak, gdy ten się nie przyznaje, bohater zaczyna węszyć, znajdując obsesję życiową denatki - śmierć brata sięgającą niemal czterdzieści lat wstecz. Historię zainspirowała realna sprawa, o której kiedyś przeczytałem w gazecie. Zafascynowała mnie uporczywość, z jaką ludzie potrafią dążyć do celu, ich niezłomność przez tyle lat. Jednak żadne z nazwisk, czy dalsza część historii, nie opierają się na faktach. Jedyną realną postacią występującą w książce jest właściciel kawiarni - Marcello. A co i do niego, miałem wątpliwości.

DDN: Jak przebiega Pańska wizyta w Polsce?

JC: Pisanie książki to długi proces. Pierwszą osobą, która czyta moją książkę, jest moja żona. To, że tutaj siedzimy jest efektem pięciu, sześciu, nawet siedmiu lat pracy, jest to zarazem najprzyjemniejszy etap procesu. Bardzo dobrze jest móc spotkać się z prawdziwymi ludźmi, a nie tylko z postaciami w mojej głowie.
(śmiech)
To jest moja druga wizyta tutaj, po trzydziestu latach mieszkania w Londynie, dostosowałem się do miejskiego trybu życia. Nie znoszę wybierać się gdzieś jako turysta. Taksówki, brak pojęcia o geografii, poznawanie całości na bardzo powierzchownym poziomie... Kiedy już się . W Warszawie mam poczucie przestrzeni - ulice są w systemie greckim, znacznie łatwiejsze do poruszania się niż Londyn, który nie zna prostej ulicy. 

DDN: Na co zwraca Pan uwagę wchodząc do restauracji ?

JC: Po pierwsze, na ilość gości - mała zawsze źle świadczy o lokalu. Choć miałem kiedyś w Londynie swoją ulubioną restaurację meksykańską, a muszę przypomnieć, że kuchnia meksykańska cieszy się sporą popularnością. Pomimo tego, i naprawdę dobrej kuchni, niemal zawsze byłem tam jedynym klientem. To było w godzinach lunchu, jeden tylko raz wybrałem się po osiemnastej i... nie byłem w stanie wejść, tłum tarasował wejście, a butelki tequili latały przez cały bar.
Staram się też omijać pułapki turystyczne, miejsca drogie i popularne, a niekoniecznie zapewniające dobrą jakość. 

DDN: Wegetarianizm jest przejawem Pańskiej filozofii ?

JC: Kiedy dorastałem, panowały nastroje antynuklearne, antykorporacyjne, antywojenne. Wegetarianinem zostałem za czasów studiów, moje umiejętności gotowania były na tyle słabe, że nie robiło mi to różnicy.
(śmiech)
Poważnie mówiąc, nie odpowiada mi sporo spraw związanych z hodowlą zwierząt, więc nie przykładanie ręki do ich cierpienia jest moim świadomym wyborem. Pamiętam, że pierwszy biznesowy lunch, na jaki byłem zaproszony miał miejsce w siedzibie firmy mięsnej. Gdy odmówiłem swojej porcji mięsa, na sali zapadła grobowa cisza, jakbym śmiertelnie kogoś obraził.

DDN: A jak smakuje Panu w MOMU?

JC: Jest dobrze, zarówno zupa, jak i napój mi odpowiadają. Nie są to rzeczy, które sam dla siebie bym wybrał. Czasem człowiek przychodzi do restauracji z konkretnym pomysłem, a czasem nie jest pewien, co chce wybrać. Obsługa pomogła mi dziś dokonać decyzji i dobrze się przy tym spisała.

Menu, pomimo zmiany pozostaje nieczytelne - startery w środku, dziwna mieszanka angielskiego i polskiego, niezręczne nazwy... Wszystko wybaczam próbując dań, które znowu zdobyły moje podniebienie. Na początek wegetariańska zupa tajska, którą zarówno ja, jak i mój gość uznaliśmy za bardzo udaną. Stek z sosem z kaparów był idealnie wysmażony, z lekką nutą krwistości, która cudownie komponowała się z słonawym sosem kaparowym, mocno okraszonym zielonym pieprzem. Do tego warzywa z grilla i ziemniaczki, kompletny lunch w nowoczesnej wersji. Na deser tiramisu - najmniej ciekawa część posiłku, niczym nie odbiegała od "ciastkarniowego" standardu.

Wegetariańska zupa tajska.

Tiramisu / zupa tajska w wersji mini.

Stek w sosie z kaparów.

James Craig

niedziela, 1 września 2013

Obiad z... Łukaszem Orbitowskim. / Que Huong

Do tej rozmowy musiałem się odpowiednio nastawić, ponieważ Łukasza znam nie tylko ze świetnych powieści, ale także z nonkonformistycznej postawy wobec życia. Negacja ogólnoprzyjętych wartości nie ominęła jedzenia, dlatego jako miejsce spotkania musiałem wybrać coś niesztampowego, nie do końca blogerskiego. Miejsce, które będzie pasowało do prawdziwego metalowca, który boi się wejść do centrum handlowego. I tak, znaleźliśmy się w (nie)sławnym Que Huong, na Placu Zbawiciela.

Damian Dawid Nowak: Powiedz mi, jak można nie lubić jeść?

Łukasz Orbitowski: Wstaję rano i muszę sobie zrobić śniadanie. Chciałbym się zająć czym innym, ale nie mogę, bo muszę zrobić i zjeść

DDN: Ale czy nie jest tak z każdą funkcją fizjologiczną?

ŁO: Tak, ale inne nie zajmują tyle czasu. Pięć, sześć minut maksymalnie, a obiad ugotować, przynajmniej pół godziny, potem zjeść, potem jestem senny i muszę się położyć...

DDN: A może życie jak modelka, na liściu sałaty?

ŁO: Nie, bo przy tym nie dbam o linię.

DDN: Czyli jest coś, co lubisz?

ŁO: To nie jest do końca tak, ja po prostu nie lubię być głodny. Chciałbym uwolnić się z cyklu, mam nadzieję, że w końcu wymyślą te trzy pigułki, którymi będę mógł zastąpić pokarm.

DDN: A słyszałeś o tym człowieku, który żyje na samych szejkach?

ŁO: I co, żyje? Poczekajmy jeszcze trzy lata, wtedy o tym pomyślę. Próbowałem się żywić batonikami proteinowymi - owszem, nie byłem głodny, ale pojawiły się problemy gastryczne.

DDN: Z czysto ewolucyjnego punktu widzenia, człowiek nie lubiący jeść wyginąłby. To tak, jakbyś nie lubił oddychać!

ŁO: Może ja również nie lubię oddychać! Masz tu jawny dowód, że jestem ginącym gatunkiem, człowiekiem, który nie powinien się zdarzyć. Patrząc na to nieco głębiej, mógłbym polubić jedzenie, gdyby nie było koniecznością. Ja traktuję obowiązki strasznie poważnie i metodycznie, jesli mam robotę do zrobienia, to niezależnie od okoliczności ją wykonam. Jeśli muszę zadbać o syna, wsiadam w samolot i lecę, jeśli mam jeść pięć posiłków dziennie, to je przygotowuję. Może dlatego tego nienawidzę.

DDN: Kiedy już sobie gotujesz, co ląduje na talerzu?

ŁO: Umiem przyrządzić dwa dania: łosoś z ryżem, cytryną,pieprzem i solą, żadne wyzwanie. Drugi jest makaron z tuńczykiem, brokułami i czosnkiem, a to dlatego, że gdzieś przeczytałem, że to danie zawiera wszystkie potrzebne do życia mikroelementy.
Moja abnegacja kulinarna jest kontrastowana przez otoczenie - wszyscy kochają jeść.Jestem otoczony przez samych smakoszy.

DDN: Czym się obecnie zajmujesz?

ŁO: Jestem felietonistą Wyborczej, mam regularne zamówienia na teksty, a już niedługo, pod koniec października, ukaże się moja nowa powiesć "Szczęśliwa ziemia". Tytuł jest znaczący, a całą książkę mam za fucka względem tych, którzy twierdzili, że moje powieści są smutne.
Ta dopiero jest smutna!
Obecnie powoli zbieram się do napisania powieści życia. Może nie całego, bo mam plan jeszcze parę dziesiątek lat pożyć.

DDN: Najlepsza?

ŁO: Największa, nie wiem, czy najlepsza. Skrótowo: saga rodzinna, osadzona na Dolnym Śląsku, w Jaworznie, gdzie mieszka mój syn, historia zmagań pasierba z macochą. Fantastyczna osmoza będzie związana z tarotem, rozkładanym przez narratora, brata głównego bohatera. Wycofany z życia, zamknięty w domu, rozkłada tarota i opowiada o swojej rodzinie: nie wiemy, czy karty mają zdolności profetyczne, czy to tylko zabawa.

DDN: Dużo też ostatnio pisałeś o grach komputerowych.

ŁO: Tak, bo to jest łatwe.  W gruncie rzeczy niewiele osób potrafi napisać o grze więcej, niż że jest fajna-niefajna. Do tego rynek gier jest w kryzysie, bazuje na sequelach, coraz mniej wychodzi nowych, ambitnych tytułów. Jest oczywiście moda na gry indie, ale w tym sektorze brakuje pieniędzy.

Jedzenie, jak to w "chińczyku" - średnie. Sajgonki tłuste i ciężkie, za to ze świetnym, ostrym, bardzo wyrazistym sosem. Kalmary gumiate, pozbawione smaku, ryż rozgotowany, jak dla dziecka. Surówka nijaka. Zaskoczyły mnie za to krewetki w cieście kokosowym, które wybrał Łukasz. Były świetne! Najlepsze ciasto kokosowe, jakie jadłem w Warszawie. Widać, że gdyby dołożyć tutaj serca, miejsce mogłoby być ponadprzeciętnym przedstawicielem kuchni chińskiej. Wystrój barowo-weselny, obsługi zasadniczo brak, Łukasz wydawał się zadowolony...


Czy te oczy mogą kłamać?




Saj-gon-kiiii.

Krewetki w cieście kokosowym/

Niemal weselne wnętrze.

Nieostre zdjęcie wejścia, a jak.