Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plac zbawiciela. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plac zbawiciela. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 września 2013

Tuk Tuk

Po raz kolejny wracam w okolice Placu Zbawiciela, tym razem by skosztować street foodu w wersji tajskiej. Brzmi jak oksymoron, głównie przez to, że większość warszawskich restauracji tajskich aspiruje do poziomu białoobrusowego. Tuk Tuk dla odmiany jest małe, nastawione na odbiorcę młodego i spragnionego nowoczesnej, łatwo przystępnej kuchni.

Pierwszy plus za półotwartą kuchnię, spora część gotowania odbywa się na naszych oczach. Obsługiwany byłem przez chłopaka o wystraszonych oczach - otwarcie restauracji było niedawno, więc wspomaganie się kartką przy opisie dań jest wybaczalne. Wnętrze jest przyjemne, pomimo tego, że malutkie - wrażenie robi stelaż zawieszony pod sufitem, z wmontowanymi lampami. Zdecydowałem się usiąść na zewnątrz, niestety wąskie, ławkowe stoły nie należą do najwygodniejszych, zwłaszcza przy jedzeniu lubiących się rozlewać sosów.

Tym razem zdecydowałem się na złoty klasyk - zielone curry z kurczakiem (występuje, jak większość dań tutaj, także w wersji wege i krewetkowej), moja towarzyszka wybrała Laksę (tajską zupę) z krewetkami. Curry dość ostre, o charakterystycznym smaku, z dodatkiem cukinii i zielonej papryki. Mało mi było mięsa, które samo było kompletnie nieprzyprawione. Laksa okazała się lepszym, ciekawszym wyborem - pod warunkiem oczywiście, że lubi się mleczko kokosowe. Łagodny, słodkawy smak z wyraźną nutą sosu rybnego, krewetki miękkie, towarzyszka zachwycona.

Gdybym do Tuk Tuk trafił przed Naam Thai, pewnie nie grymasiłbym. Jednak biorąc pod uwagę podobne ceny w obu miejscach, Tuk Tuk wypada słabo. Nie jest to miejsce złe, broń Boże. Po prostu jest wiele lepszych, co może być wystarczającym powodem, bym tu nie wracał.


Zielone curry z kurczakiem.

Laksa z krewetkami.

Alicja jest usatysfakcjonowana.

Tuk,tuk,tuk,tuk.

Z zewnątrz.

Menu.

Instalacja!

niedziela, 1 września 2013

Obiad z... Łukaszem Orbitowskim. / Que Huong

Do tej rozmowy musiałem się odpowiednio nastawić, ponieważ Łukasza znam nie tylko ze świetnych powieści, ale także z nonkonformistycznej postawy wobec życia. Negacja ogólnoprzyjętych wartości nie ominęła jedzenia, dlatego jako miejsce spotkania musiałem wybrać coś niesztampowego, nie do końca blogerskiego. Miejsce, które będzie pasowało do prawdziwego metalowca, który boi się wejść do centrum handlowego. I tak, znaleźliśmy się w (nie)sławnym Que Huong, na Placu Zbawiciela.

Damian Dawid Nowak: Powiedz mi, jak można nie lubić jeść?

Łukasz Orbitowski: Wstaję rano i muszę sobie zrobić śniadanie. Chciałbym się zająć czym innym, ale nie mogę, bo muszę zrobić i zjeść

DDN: Ale czy nie jest tak z każdą funkcją fizjologiczną?

ŁO: Tak, ale inne nie zajmują tyle czasu. Pięć, sześć minut maksymalnie, a obiad ugotować, przynajmniej pół godziny, potem zjeść, potem jestem senny i muszę się położyć...

DDN: A może życie jak modelka, na liściu sałaty?

ŁO: Nie, bo przy tym nie dbam o linię.

DDN: Czyli jest coś, co lubisz?

ŁO: To nie jest do końca tak, ja po prostu nie lubię być głodny. Chciałbym uwolnić się z cyklu, mam nadzieję, że w końcu wymyślą te trzy pigułki, którymi będę mógł zastąpić pokarm.

DDN: A słyszałeś o tym człowieku, który żyje na samych szejkach?

ŁO: I co, żyje? Poczekajmy jeszcze trzy lata, wtedy o tym pomyślę. Próbowałem się żywić batonikami proteinowymi - owszem, nie byłem głodny, ale pojawiły się problemy gastryczne.

DDN: Z czysto ewolucyjnego punktu widzenia, człowiek nie lubiący jeść wyginąłby. To tak, jakbyś nie lubił oddychać!

ŁO: Może ja również nie lubię oddychać! Masz tu jawny dowód, że jestem ginącym gatunkiem, człowiekiem, który nie powinien się zdarzyć. Patrząc na to nieco głębiej, mógłbym polubić jedzenie, gdyby nie było koniecznością. Ja traktuję obowiązki strasznie poważnie i metodycznie, jesli mam robotę do zrobienia, to niezależnie od okoliczności ją wykonam. Jeśli muszę zadbać o syna, wsiadam w samolot i lecę, jeśli mam jeść pięć posiłków dziennie, to je przygotowuję. Może dlatego tego nienawidzę.

DDN: Kiedy już sobie gotujesz, co ląduje na talerzu?

ŁO: Umiem przyrządzić dwa dania: łosoś z ryżem, cytryną,pieprzem i solą, żadne wyzwanie. Drugi jest makaron z tuńczykiem, brokułami i czosnkiem, a to dlatego, że gdzieś przeczytałem, że to danie zawiera wszystkie potrzebne do życia mikroelementy.
Moja abnegacja kulinarna jest kontrastowana przez otoczenie - wszyscy kochają jeść.Jestem otoczony przez samych smakoszy.

DDN: Czym się obecnie zajmujesz?

ŁO: Jestem felietonistą Wyborczej, mam regularne zamówienia na teksty, a już niedługo, pod koniec października, ukaże się moja nowa powiesć "Szczęśliwa ziemia". Tytuł jest znaczący, a całą książkę mam za fucka względem tych, którzy twierdzili, że moje powieści są smutne.
Ta dopiero jest smutna!
Obecnie powoli zbieram się do napisania powieści życia. Może nie całego, bo mam plan jeszcze parę dziesiątek lat pożyć.

DDN: Najlepsza?

ŁO: Największa, nie wiem, czy najlepsza. Skrótowo: saga rodzinna, osadzona na Dolnym Śląsku, w Jaworznie, gdzie mieszka mój syn, historia zmagań pasierba z macochą. Fantastyczna osmoza będzie związana z tarotem, rozkładanym przez narratora, brata głównego bohatera. Wycofany z życia, zamknięty w domu, rozkłada tarota i opowiada o swojej rodzinie: nie wiemy, czy karty mają zdolności profetyczne, czy to tylko zabawa.

DDN: Dużo też ostatnio pisałeś o grach komputerowych.

ŁO: Tak, bo to jest łatwe.  W gruncie rzeczy niewiele osób potrafi napisać o grze więcej, niż że jest fajna-niefajna. Do tego rynek gier jest w kryzysie, bazuje na sequelach, coraz mniej wychodzi nowych, ambitnych tytułów. Jest oczywiście moda na gry indie, ale w tym sektorze brakuje pieniędzy.

Jedzenie, jak to w "chińczyku" - średnie. Sajgonki tłuste i ciężkie, za to ze świetnym, ostrym, bardzo wyrazistym sosem. Kalmary gumiate, pozbawione smaku, ryż rozgotowany, jak dla dziecka. Surówka nijaka. Zaskoczyły mnie za to krewetki w cieście kokosowym, które wybrał Łukasz. Były świetne! Najlepsze ciasto kokosowe, jakie jadłem w Warszawie. Widać, że gdyby dołożyć tutaj serca, miejsce mogłoby być ponadprzeciętnym przedstawicielem kuchni chińskiej. Wystrój barowo-weselny, obsługi zasadniczo brak, Łukasz wydawał się zadowolony...


Czy te oczy mogą kłamać?




Saj-gon-kiiii.

Krewetki w cieście kokosowym/

Niemal weselne wnętrze.

Nieostre zdjęcie wejścia, a jak.

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Charlotte

Ciężko jest pisać o miejscu, o którym zostało napisane więcej, niż o wszystkich pozostałych śniadaniowniach, a z pewnością piekarniach. Do podjęcia się tej misji, skłonił nas cykl śniadaniowy, który właśnie rozpoczynamy - najbliższe wpisy zdominują miejsca, gdzie możecie od samego rana raczyć swoje zmysły kulinarną sztuką. Charlotte reklamuje się prostym, ale trafnym i nośnym hasłem "chleb i wino". Na to drugie było zbyt wcześnie, ale pierwszego spróbowaliśmy w nadmiernych ilościach!

Artykuł podzielić musimy na dwie części - jedzenie, oraz klimat. Zacznijmy od pokarmu, czyli najprzyjemniejszego obowiązku kulinarnego recenzenta. Zaczęliśmy od koszyka pieczywa z mleczną czekoladą, która od razu, obok nutelli wskoczyła na najwyższą pozycję pożądanych porannych grzechów. Idealnie komponując się z croissantem, smakowała jak kremowa wersja czekolady Milka. Właściwe śniadanie składało się - w moim przypadku z quiche, a moja towarzyszka wybrała Jambon Gruyère, kanapkę na ciepło z szynką, serem i domowym pesto. Kanapka bardzo udana, ciemne, kruche, ciepłe pieczywo z rozsądnymi proporcjami nadzienia. Jako nastolatek, tego typu kanapki chętnie widziałbym codziennie w swoim plecaku. Moje quiche było poprawne, choć nie zachwycało. Właściwie, konsystencja kremu była zbyt gęsta, odbierając mi przyjemność z jedzenia, nawet przy świetnym, kruchutkim cieście.

Atmosfera natomiast, pomimo przyjemnego wnętrza, kompletnie mi nie odpowiadała. Zbyt duży ruch, jak na spokojne śniadanie, długi czas oczekiwania na posiłek, pomimo siódmych potów sympatycznej obsługi. Jednym z powodów, dla których nie chodzę do nocnych klubów jest to, że muszę tam krzyczeć, żeby być zrozumianym. Podobnie czułem się w Charlotte. Wnętrze jest przyjemne i przestronne, jednak docenić to możemy dopiero po przewinięciu się tłumów.

Charlotte jest świetną, choć drogą piekarnią, o zasłużonej sławie. Jednak śniadanie w tym lokalu ma sens tylko w przypadku, gdy nie przeszkadzają nam głośne tłumy, bądź odcinamy się od świata zewnętrznego przy użyciu ściany muzyki. Ewentualnie, croissant na drogę nie jest złym pomysłem.


Prosto.




Koszyk pieczywa i masło w tle.

Croissant i mleczna czekolada.

Jambon Gruyère

Quiche ze szpinakiem.

Pełna sala ludzi, tutaj to standard.

Mozaika.

W końcu to piekarnia!