Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia orientalna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia orientalna. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 września 2013

Obiad z... Łukaszem Orbitowskim. / Que Huong

Do tej rozmowy musiałem się odpowiednio nastawić, ponieważ Łukasza znam nie tylko ze świetnych powieści, ale także z nonkonformistycznej postawy wobec życia. Negacja ogólnoprzyjętych wartości nie ominęła jedzenia, dlatego jako miejsce spotkania musiałem wybrać coś niesztampowego, nie do końca blogerskiego. Miejsce, które będzie pasowało do prawdziwego metalowca, który boi się wejść do centrum handlowego. I tak, znaleźliśmy się w (nie)sławnym Que Huong, na Placu Zbawiciela.

Damian Dawid Nowak: Powiedz mi, jak można nie lubić jeść?

Łukasz Orbitowski: Wstaję rano i muszę sobie zrobić śniadanie. Chciałbym się zająć czym innym, ale nie mogę, bo muszę zrobić i zjeść

DDN: Ale czy nie jest tak z każdą funkcją fizjologiczną?

ŁO: Tak, ale inne nie zajmują tyle czasu. Pięć, sześć minut maksymalnie, a obiad ugotować, przynajmniej pół godziny, potem zjeść, potem jestem senny i muszę się położyć...

DDN: A może życie jak modelka, na liściu sałaty?

ŁO: Nie, bo przy tym nie dbam o linię.

DDN: Czyli jest coś, co lubisz?

ŁO: To nie jest do końca tak, ja po prostu nie lubię być głodny. Chciałbym uwolnić się z cyklu, mam nadzieję, że w końcu wymyślą te trzy pigułki, którymi będę mógł zastąpić pokarm.

DDN: A słyszałeś o tym człowieku, który żyje na samych szejkach?

ŁO: I co, żyje? Poczekajmy jeszcze trzy lata, wtedy o tym pomyślę. Próbowałem się żywić batonikami proteinowymi - owszem, nie byłem głodny, ale pojawiły się problemy gastryczne.

DDN: Z czysto ewolucyjnego punktu widzenia, człowiek nie lubiący jeść wyginąłby. To tak, jakbyś nie lubił oddychać!

ŁO: Może ja również nie lubię oddychać! Masz tu jawny dowód, że jestem ginącym gatunkiem, człowiekiem, który nie powinien się zdarzyć. Patrząc na to nieco głębiej, mógłbym polubić jedzenie, gdyby nie było koniecznością. Ja traktuję obowiązki strasznie poważnie i metodycznie, jesli mam robotę do zrobienia, to niezależnie od okoliczności ją wykonam. Jeśli muszę zadbać o syna, wsiadam w samolot i lecę, jeśli mam jeść pięć posiłków dziennie, to je przygotowuję. Może dlatego tego nienawidzę.

DDN: Kiedy już sobie gotujesz, co ląduje na talerzu?

ŁO: Umiem przyrządzić dwa dania: łosoś z ryżem, cytryną,pieprzem i solą, żadne wyzwanie. Drugi jest makaron z tuńczykiem, brokułami i czosnkiem, a to dlatego, że gdzieś przeczytałem, że to danie zawiera wszystkie potrzebne do życia mikroelementy.
Moja abnegacja kulinarna jest kontrastowana przez otoczenie - wszyscy kochają jeść.Jestem otoczony przez samych smakoszy.

DDN: Czym się obecnie zajmujesz?

ŁO: Jestem felietonistą Wyborczej, mam regularne zamówienia na teksty, a już niedługo, pod koniec października, ukaże się moja nowa powiesć "Szczęśliwa ziemia". Tytuł jest znaczący, a całą książkę mam za fucka względem tych, którzy twierdzili, że moje powieści są smutne.
Ta dopiero jest smutna!
Obecnie powoli zbieram się do napisania powieści życia. Może nie całego, bo mam plan jeszcze parę dziesiątek lat pożyć.

DDN: Najlepsza?

ŁO: Największa, nie wiem, czy najlepsza. Skrótowo: saga rodzinna, osadzona na Dolnym Śląsku, w Jaworznie, gdzie mieszka mój syn, historia zmagań pasierba z macochą. Fantastyczna osmoza będzie związana z tarotem, rozkładanym przez narratora, brata głównego bohatera. Wycofany z życia, zamknięty w domu, rozkłada tarota i opowiada o swojej rodzinie: nie wiemy, czy karty mają zdolności profetyczne, czy to tylko zabawa.

DDN: Dużo też ostatnio pisałeś o grach komputerowych.

ŁO: Tak, bo to jest łatwe.  W gruncie rzeczy niewiele osób potrafi napisać o grze więcej, niż że jest fajna-niefajna. Do tego rynek gier jest w kryzysie, bazuje na sequelach, coraz mniej wychodzi nowych, ambitnych tytułów. Jest oczywiście moda na gry indie, ale w tym sektorze brakuje pieniędzy.

Jedzenie, jak to w "chińczyku" - średnie. Sajgonki tłuste i ciężkie, za to ze świetnym, ostrym, bardzo wyrazistym sosem. Kalmary gumiate, pozbawione smaku, ryż rozgotowany, jak dla dziecka. Surówka nijaka. Zaskoczyły mnie za to krewetki w cieście kokosowym, które wybrał Łukasz. Były świetne! Najlepsze ciasto kokosowe, jakie jadłem w Warszawie. Widać, że gdyby dołożyć tutaj serca, miejsce mogłoby być ponadprzeciętnym przedstawicielem kuchni chińskiej. Wystrój barowo-weselny, obsługi zasadniczo brak, Łukasz wydawał się zadowolony...


Czy te oczy mogą kłamać?




Saj-gon-kiiii.

Krewetki w cieście kokosowym/

Niemal weselne wnętrze.

Nieostre zdjęcie wejścia, a jak.

sobota, 27 lipca 2013

Bao Bar

 do 20zł
http://www.baobar.pl/

Kolejny już raz powracamy na ulicę Jana Pawła II, gdzie w ciągle zmieniających się pawilonach powstał Bao Bar, ze znanymi nam pierożkami baozi. Dla tych, którzy nie śledzą naszego bloga regularnie (wstyd), lub ominęli wpis o ToTu, przypominamy: są to bułeczki gotowane na parze z różnorodnym nadzieniem, popularne w Chinach, Malezji i Singapurze. Niejednokrotnie w krajach azjatyckich są odpowiednikami naszych burgerów - sprzedawane z budek, za niską cenę. Protoplaści street foodu.

I to od ceny zaczniemy, ponieważ Bao Bar wyznacza konkurencji nowy standard: 14zł za siedem pierogów. Bardzo dobra cena, na tle innych miejsc, gdzie za więcej, dostaniemy mniej. Wnętrze małe, ale dość dobrze zagospodarowane, nad całością czuwa obecny na miejscu właściciel.
Na początek kim chii, surówka kuchni koreańskiej, podobna naszej kiszonej kapuście.
Wtopa.
Głównym składnikiem kim chii jest papryka Gochugaru, która nadaje kapuście charakterystyczną, mocno czerwoną barwę. W Bao Barze "kim chii" jest zielonkawo-niezdecydowanej barwy, a smakiem przypomina domową kapustę, do tego zbyt octową. Po złym początku, nadzieję pokładam w baozi - razem z moją towarzyszką zamówiliśmy dwa miksy, zestawy po siedem różnych smaków, a w tym: ze szpinakiem, z kurczakiem, z wieprzowiną, z ananasem i białym serem, z krewetkami, z pomidorem suszonym i soczewicą. Sama bułka świetna, podobna do naszych klusek na parze, jednak z nadzieniami jest tak, jak można było się spodziewać: klasyczne, mięsne, działają.
Reszta - nie.
Broni się jeszcze soczewica, ale pomysły w stylu ananasa z białym serem są niezręczne, nie wpisują się ani w orientalną, ani w pseudopolską modłę. Czasem, trzymanie się bezpiecznej klasyki jest najlepszym wyjściem.

Dobra cena, dobre klasyczne wersje pierogów. Miejsce dobre na szybki lunch, jeśli trzymać się będziemy z dala od radosnej improwizacji, oraz kim chii, które kim chii nie jest. W ofercie jest też dowóz do biura/domu.

Z czynnym ogródkiem.

Dekoracja wnętrza, smoczy głód.

Kim Chii (?)

Mix Baozi.

Oliwia lubi wszystkie rodzaje pierogów.

środa, 10 lipca 2013

Papaya

www.papaya.waw.pl
30-60zł

Tabababada!
Tabababada!
Tabababada-tutu-turuutuuhhuu!!!

Tak, wedłgu popularnego portalu z tekstami brzmi tekst pierwszej zwrotki "Papaya", utworu, który śpiewany po nocach, spędzał sen z powiek sąsiadów Urszuli Dudziak. Tymczasem na Foksal, w budynku zawierającym teatr Sabat, wyrosła orientalna Papaya. Czy jest tak elektryzująca, jak wyżej wspomniana piosenka, czy ten smak nie da nam spać?

Wejście dość ukryte, na szczęście z boku budynku jest duży szyld, potwierdzający, że dobrze trafiliśmy. Wnętrze bardzo nowoczesne i eleganckie, utrzymane w modnych bieli i czerni, z mocnymi akcentami różu. Dwie sale: dzienna z barem, oraz wieczorowa, z pełnym, "białoobrusowym" zestawem. Siadamy w pierwszej, przeglądamy kartę. Szeroka baza dań orientalnych, od chińskich Dim Sum, przez tajskie Pad Thai, po ekskluzywne, japońskie Teppanyaki. Na to ostatnie będzie trzeba wrócić, bo to przedstawienie kulinarne wymaga wcześniejszej rezerwacji.

Na początek na stół wjeżdża miłe czekadełko, słodka fasola z sosem miodowym. Na pierwszy ogień chłodnik melonowy i... Od razu strzał w dziesiątkę! Może to dlatego, że jestem wielkim fanem melona, ale nie mogę wyobrazić sobie niczego, co lepiej zaspokoi głód w upalny dzień. Intensywny, świeży smak, mocny aromat i półrzadka konsystencja sprawiły, że to danie trafiło na listę moich letnich faworytów.
Drugie danie, ja wybrałem Pad Thai z krewetkami, Aleksa wolała sałatkę (też z krewetkami). Tradycyjnie, pad thai to makaron ryżowy pho, wymieszany i podsmażony z różnymi dodatkami. Tu krewetki grały główną rolę, podobnie z resztą, jak i w sałatce - duże i soczyste, przyprawione chilli, smakowały tak, jak powinny smakować tajskie krewetki. Miłym akcentem były miseczki: z orzechami i chilli, dla własnoręcznego doprawienia. Uwaga na sałatkę - dobra i prosta, jednak sama w sobie była na tyle ostra, że Aleksa, która za ostrością nie przepada, nie była w stanie jej skończyć. Dania dobre, jednak po chłodniku oczekiwałem dalszych fajerwerków.

Elegancki lokal w dobrej lokalizacji, dolna sala nadaje się na spotkanie biznesowe lub pokonferencyjny obiad. Kuchnia przypadnie do gustu wszystkim, którzy lubią szeroko pojęty orient i duży wybór dań. Moje serce podbił chłodnik, na który z pewnością jeszcze tu się wybiorę.

Wejście do restauracji.

Bar na parterze.

Czekadełko.

Tu żyją homary.

Elegancka sala na dole.

Chłodnik z melona.

Na ostro?


Pad thai z krewetkami.

Sałatka z krewetkami i miętą.


piątek, 28 czerwca 2013

Bonjour Vietnam

do 20zł
www.facebook.com/pages/Bonjour-Vietnam/467885983295617?directed_target_id=0

Dopiero co skończyliśmy opłakiwać śmierć Cheng Waya, fast fooda z Binh Minh na Chmielnej, a już, paręnaście metrów dalej, powstała kawiarnia o podobnym charakterze - Bonjour Vietnam. W ofercie, poza samymi kanapkami, mamy do wyboru szerokie spektrum kaw i napojów, oraz lokal większy w środku, niż wydaje się z zewnątrz (tzw efekt Tardis). Zamiana Cheng Waya na Bonjour wyszła Chmielnej na dobre. 

 Binh Minh to wietnamskie kanapki, które szturmem zdobyły zachodni rynek fast-food. Do Polski wprowadzane są nieśmiale, znikając pod zalewem kebabów, frytek i dużych sieciówek. W Bonjour dostępne są ich cztery rodzaje, wszystkie z tradycyjnym pasztetem, używanym tak, jak u nas używa się masła. Ja zdecydowałem się na wersję z omletem, Karola bez. Poza tym, kanapka wypchana jest szynką i warzywami: ogórek, marchewka, cebula, wszystko mocno przyprawione. Brakowało mi tylko sosów do wyboru - kanapka dobra, ale zdecydowanie za sucha. Odrobinka orientalnej ostrości nadałaby kompozycji charakteru. 

Kanapki można ocenić na czwórkę z minusem, podczas gdy to, co nas zachwyciło, było w formie płynnej! Po pierwsze, wietnamska kawa, nalewaba z filtra. Znając jej ożywczą moc, poprosiłem osłodzoną, rozrzedzoną wersję brązową. Chwila czekania na przefiltrowanie, a potem szybko przelewam wymieszaną zawartość do szklanki z lodem. 
Najlepsze. Latte. EVER.  
Karola zdecydowała się na smoothie arbuzowego. Zwykle odradzam tego typu napoje - nie ma nic gorszego niż aromat arbuzowy, zwykle zbyt słodki i jadący sztuczyzną. Tu, smoothie jest w stu procentach naturalny, nie przesłodzony i przepyszny! Jeden z najlepszych napojów na upalne dni.

O ile kanapki mnie nie wciągneły - może po dodaniu sosów staną się warte polecenia - tak napoje podbiły moje serce! Zachęcam wszystkich do odwiedzania niepozornego Bonjour, ponieważ jest to jedna z najlepszych kawiarni w mieście, a podczas moich ostatnich wizyt, widziałem tam niemal jedynie azjatów. Szkoda by było, gdyby tak dobre miejsce padło z powodu braku promocji.




Brązowa kawa po wietnamsku.

Smoothie arbuzowy.

Binh Minh w wersji standardowej.

I we wzbogaconej o omlet.

Nom om om.

Praca synchroniczna.