sobota, 8 czerwca 2013

Relacja: NANTA

W ostatni piątek mieliśmy przyjemność obejrzeć unikatowy pokaz, będący połączeniem gotowania, muzyki, humoru i umiejętności akrobatycznych. Koreańscy artyści, nawiązując do tradycyjnych potraw i metod gotowania, przedstawiają paniczne przygotowania do weselnej uczty. Przed pokazem, mieliśmy szansę porozmawiać z artystami:

Damian Dawid Nowak: Większość naszych czytelników nie jest zaznajomiona z kulturą koreańską na tyle, by w pełni zrozumieć pokaz. Jakie tradycyjne elementy możemy wyłapać?

NANTA: W ramach całego widowiska, łączone są: tradycyjna muzyka instrumentalna - samulnori, kuchnia koreańska, charakterystyczny ruch sceniczny. Nasz pokaz jest nowoczesny, ale głęboko osadzony w kulturze Korei.

DDN: Jeśli jesteśmy przy kuchni, jakie potrawy koreańskie możecie Państwo polecić?

N: W pokazie pojawiają się między innymi bulgogi, dosłownie "mięso z ognia". Ważniejsze jest kimchi, esencja kultury koreańskiej. Dodatek do jedzenia, ukiszona kapusta, bez której Koreańczycy nie wyobrażają sobie dnia. Uważają ją, za sekret swojej długowieczności. Kimchi "oznacza" też uśmiech, używamy tego słowa przy zdjęciach tak, jak Amerykanie "cheese".

DDN: Czy odczuwacie w Europie Hallyu (koreańska fala, wzrost popularności kultury Korei Południowej)?

N: Boom na koreańską kulturę popularną jest widoczny. Rząd koreański ma program wyjścia, otwiera się na dialog z innymi kulturami, promuje tradycje i popkulturę. Historia Polski i Korei Południowej jest podobna, przez długi czas byliśmy pod okupacją. W ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat, Korea doznała tygrysiego skoku - niesamowicie się rozwinęła, wkraczając do piętnastki najbardziej rozwiniętych krajów na świecie. Dlatego, tradycyjny termin Han (smutek, żal za czymś), zmienia się w Hung, w radość. Pokaz jest przejawem tej radości, nowego oblicza Korei.

DDN: Jak smakuje Państwu kuchnia polska?

N: Koreańczycy i Polacy mają podobny smak! (śmiech) Pierogi są bardzo zbliżone do naszych mandu, bardzo smakowała nam golonka, oczywiście do piwa. Zasmakowaliśmy także w tatarze, w Korei jada się sporo surowych ryb, oraz żurek.

DDN: Wiemy, że jesteście Państwo po pokazie w Centrum Kultury Korei. Jaka jest polska publiczność?

N: Bardzo cieszy nas, że w Polsce jest tyle osób zafascynowanych koreańską kulturą. Widzieliśmy efekt pracy młodzieży, która ćwiczyła k-dance, oraz śpiewała k-pop, byli niesamowici! Bardzo dobrze występuje się przed taką publicznością, dwukrotnie dawaliśmy bis.

Pokaz był bardzo udany, dzięki uniwersalnemu humorowi, bawić się mogli nawet ludzie nie zaznajomieni z koreańską kulturą. Widzieliśmy żonglowanie talerzami, krojenie w tempie ekspresowym, grę na miskach i rondlach, ogromne bębny a nawet pokaz sztuk walki, przy użyciu przyrządów kuchennych. Największe salwy śmiechu budziły próby używania przez artystów języka polskiego -  gratuluję umiejętności językowych! Do pokazu angażowana była publiczność, co zawsze mocno zapada w pamięć.
Kolejny już raz, zostałem oczarowany przez koreańską kulturę. Nie pozostaje nic innego, jak czekać na następne imprezy organizowane przez Centrum Kultury Koreańskiej, w trakcie zajadając kimchi.


DDN z artystami.




Fotorelacja jest na naszym facebooku.

czwartek, 6 czerwca 2013

Sushi King przy Żelaznej

http://www.sushi-king.pl/

Głód w niedzielne popołudnie zagnał nas na ulicę Żelazną, w poszukiwaniu sushi. Dzień Matki, wszystkie lokale pełne, a brzuchy puste. Po krótkich poszukiwaniach lokalu, który serwował by surową rybę trafiliśmy do restauracji Sushi King


Pomimo, że restauracja nie jest wielka, wolny stolik znalazł się od razu. Wnętrze przytulne, w stonowanych barwach, dosyć minimalistyczne. Od samego wejścia uderzył mnie ostry zapach ryby unoszący się w lokalu, który pomimo ssącego głodu wydał mi się mało przyjemny. Niby nic dziwnego, zważywszy na to, co znajduje się w menu, a jednak w innych restauracjach sushi zapach nie był aż tak intensywny. No nic... Uśmiechnięta pani przyjęła nas przy drzwiach i zaprowadziła na miejsca. Niestety, dobre pierwsze wrażenie, jakie wywarła na mnie obsługa popsuł specyfik, którego kelnerka użyła do czyszczenia pobrudzonego jedzeniem stolika - Pronto NIE jest odpowiednie do tego typu zadań. Z rozmazanym po stole sosie sojowym, i w oparach migdałowego środka do konserwacji mebli czekaliśmy, aby złożyć zamówienie. Niestety bez kart menu, na które trzeba było trochę poczekać. W ofercie kuchnia japońska, koreańska, chińska, zestawy sushi - klasyka. Jedyny mankament - brak opisu, co znajduje się w każdym z rodzajów sushi! Pozycje w stylu "łosoś" (pieczony? surowy?), czy jeszcze lepiej "ryba" (jaka???) zdecydowanie nie pomagają w trafnym wyborze. 

Od samego początku nastawialiśmy się na ucztę dla trojga, zatem wyborem oczywistym był duży zestaw sushi. Zdecydowaliśmy się na King Party Set (54 szt.) oryginalnie za 162 zł, tego dnia 30% zniżki na wszystkie zestawy - cena bardzo rozsądna w porównaniu z innymi restauracjami. Zdecydowanie duży plus.
Do zestawu poprosiliśmy o dzbanek zielonej herbaty. Dostaliśmy herbatę jaśminową, którą pomimo że lubię, to jednak normalnie nie komponowałabym z rybą. Niech będzie... 
Po dłuższym oczekiwaniu, nareszcie dotarło do nas sushi. Wrażenie wizualnie poprawne. Rolki ładnie zwinięte, kolorowo, maki zarówno z surową, jak i pieczoną rybą, kilka rodzajów nigiri, imbir... dekoracja z marchwi, hmmm... Obrotowa deska, na której znajdował się zestaw przypominała mi raczej restaurację z kuchnią polską lub bawarską, nie japońską. W domu używam podobnej do serów i wędlin. Minus. 

Zawsze wychodzę z założenia, że nawet kiepskie sushi nie jest złe, dlatego smak oceniam na poprawny. Nic mnie nie zachwyciło, jak miewało to miejsce w innych restauracjach, nie mogę również powiedzieć, żeby coś było nie dobre. Nigiri w porządku, oprócz tuńczyka, który był suchy, matowy, i miejscami sztukowany z dwóch kawałków. Całkiem smaczna rolka z łososiem i kawiorem, moim towarzyszom przypadło do gustu sushi na ciepło z pieczoną ryba i sosem. Maki okazały się dla mnie rozczarowaniem ze względu na nadmiar serka Philadelphia, co zauważam stało się ostatnio zmorą zwesternizowanych restauracji sushi. Tak, jak rozumiem sens dodawania go do california maków, tak nie rozumiem bezmyślnego używania go do absolutnie wszystkiego. Całe szczęście, nikt nie wpadł na pomysł wysmarowania nim nigiri... 

Całościowo, Sushi King nie wywarło na mnie zbyt pozytywnego wrażenia. Obsługa miła, lecz popełniła kilka gaf. Sushi nie porywało ani smakiem, ani podaniem. Niezaprzeczalnym plusem była niska, jak na tego typu danie, cena. To jednak za mało, aby przekonać mnie do powrotu w to miejsce.


Bar.

Koi no logo.
Karola i Nacia.
King Party Set.

wtorek, 4 czerwca 2013

Kopernika.25

www.facebook.com/Kopernika.25
20-40zł 

Pomiędzy Śródmieściem a Powiślem dotychczas istniała pusta plama na naszej mapie gastronomicznej. Dzięki Kopernika.25, zapełniliśmy ją lokalem o przyjemnej atmosferze i bardzo dobrej, przemyślanej kuchni. Nazwa może być myląca - nastawialiśmy się na typową naleśnikarnię, jednak lokal jest w trakcie zmian ideowo-kulianrnych. Nowe wcielenie ma się nazywać "Kuchnią Naturalną", i być manifestacją trendu slow food. Lubimy!


Damian Dawid Nowak: Co oznacza nowy kierunek - "Kuchnia Naturalna"?

Kopernika.25: Staramy się o produkty najwyższej jakości, ekologiczne, nie nadużywając tego słowa. Zanim przedrostek eko- został zastrzeżony, wszystkie marki używały go, jako zabiegu marketingowego. Dla nas oznacza to, że gdy kupujemy śmietanę, to chcemy śmietanę, bez gumy guar, żelatyny, mąki, itp., ocet balsamico konserwujący sam siebie, bez dodatków. Jeśli używamy sosu sojowego, to kupujemy go od Wietnamczyka, który przywozi go z domu, a w składzie nie ma wiele poza soją i wodą. Produkty naturalne, na przykład kurczaki z wolnego wybiegu są chude i żylaste, jednak smaczniejsze i zdrowsze. Unikamy kostek, gotowych przypraw, glutaminian sodu odpada. Ten ostatni, jest neuroprzekaźnikiem, on nie działa nawet na nasze kubki smakowe.

DDN:Jak można scharakteryzować kuchnię?

K25: Naszych dwóch szefów zafascynowanych jest różnymi kuchniami: francuską i indyjską, tajską. Elementy smakowe obu regionów trafiają do naszej karty. Świetnym przykładem francuskiej strony, jest Ratatouille, które podajemy z kaszą jaglaną. Jest to najdłużej przygotowywane danie, bo żeby dobrze zrobić kaszę, minimum oczekania wynosi dwanaście minut. Z kuchni indyjskiej, można u nas spróbować dal z czerwonej soczewicy, z mleczkiem kokosowym. Mleczka dodajemy też do zupy tajskiej, w której jest sos rybny, anyż gwiazdkowy, trawa cytrynowa, chilli, sos sojowy, olej sezamowy...

DDN: Widzimy, że na tablicy jest też menu sezonowe.

K25: Mamy cztery menu (śmiech). Wiosna, lato, jesień i zima. W tym roku wiosna nie była wiosną, cały czas serwowaliśmy buraki i kapuste, podczas gdy powinny być już dostępne nowalijki, młody por, młoda marchew. Gotowaliśmy jarmuż, połączyliśmy to z urodzinami Jima Jarmuscha, więc zrobiliśmy akcję "Jim Jarmusch lubi jarmuż" (śmiech).

DDN: Kto jest typowym klientem Kopernika?

K25: Nigdy nie prowadziliśmy badań, ale facebook powiedział nam, że to głównie kobiety w wieku od dwudziestu, do czterdziestu lat. Rzeczywiście, czasem stojąc za barem widzimy przewagę płci pięknej. Kobiety bardziej zwracają uwagę na to, co jedzą i kuchnia naturalna przyciąga ich uwagę, często wpisując się w ich dietę. Mamy pozycje wegetariańskie i vegańskie, większość dań może zostać przerobiona na życzenie.

Na początku spróbowaliśmy zupy tajskiej, wcześniej wspominanej w wywiadzie. Bardzo intensywny, mocny smak, o wyraźnym aromacie ryb. Mojej towarzyszce, która nie lubi produktów rybopochodnych nie pasowała, jednak ja doceniłem zarówno bogaty zapach, jak i spory rozmiar. Wrażenie sytości potęguje duża ilość makaronu. Ratatouille vegańskie, zachwyciło idealnie przyrządzoną kaszą (o dziwo, nie papkowatą), oraz żywym kolorem. W składzie papryka, cukinia, cebula, pomidor, wyraźny tymianek. Ostatnim daniem, i moim faworytem stało się penne z botwinką, o świetnym, różowym kolorze, pasującym do jadalnych (!) talerzy, robionych z przetworzonych otrąb. Danie bardzo lekkie, sezonowe, z sosem na bazie śmietany, świetnie łączy się z gorgonzolą na górze. Dostępne w wersji z indykiem, lub vegańskiej.




Jadalny talerz!

Kuchnia, ma być "naturalna".
Ładna sztuka...
...i ładna obsługa.
Zupa tajska.
Penne z botwinką.


Rattatouile.

Rozmawialiśmy z menadżer restauracji - Justyną Zawadzką, oraz szefem kuchni - Marcinem Smułą.

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Charlotte

Ciężko jest pisać o miejscu, o którym zostało napisane więcej, niż o wszystkich pozostałych śniadaniowniach, a z pewnością piekarniach. Do podjęcia się tej misji, skłonił nas cykl śniadaniowy, który właśnie rozpoczynamy - najbliższe wpisy zdominują miejsca, gdzie możecie od samego rana raczyć swoje zmysły kulinarną sztuką. Charlotte reklamuje się prostym, ale trafnym i nośnym hasłem "chleb i wino". Na to drugie było zbyt wcześnie, ale pierwszego spróbowaliśmy w nadmiernych ilościach!

Artykuł podzielić musimy na dwie części - jedzenie, oraz klimat. Zacznijmy od pokarmu, czyli najprzyjemniejszego obowiązku kulinarnego recenzenta. Zaczęliśmy od koszyka pieczywa z mleczną czekoladą, która od razu, obok nutelli wskoczyła na najwyższą pozycję pożądanych porannych grzechów. Idealnie komponując się z croissantem, smakowała jak kremowa wersja czekolady Milka. Właściwe śniadanie składało się - w moim przypadku z quiche, a moja towarzyszka wybrała Jambon Gruyère, kanapkę na ciepło z szynką, serem i domowym pesto. Kanapka bardzo udana, ciemne, kruche, ciepłe pieczywo z rozsądnymi proporcjami nadzienia. Jako nastolatek, tego typu kanapki chętnie widziałbym codziennie w swoim plecaku. Moje quiche było poprawne, choć nie zachwycało. Właściwie, konsystencja kremu była zbyt gęsta, odbierając mi przyjemność z jedzenia, nawet przy świetnym, kruchutkim cieście.

Atmosfera natomiast, pomimo przyjemnego wnętrza, kompletnie mi nie odpowiadała. Zbyt duży ruch, jak na spokojne śniadanie, długi czas oczekiwania na posiłek, pomimo siódmych potów sympatycznej obsługi. Jednym z powodów, dla których nie chodzę do nocnych klubów jest to, że muszę tam krzyczeć, żeby być zrozumianym. Podobnie czułem się w Charlotte. Wnętrze jest przyjemne i przestronne, jednak docenić to możemy dopiero po przewinięciu się tłumów.

Charlotte jest świetną, choć drogą piekarnią, o zasłużonej sławie. Jednak śniadanie w tym lokalu ma sens tylko w przypadku, gdy nie przeszkadzają nam głośne tłumy, bądź odcinamy się od świata zewnętrznego przy użyciu ściany muzyki. Ewentualnie, croissant na drogę nie jest złym pomysłem.


Prosto.




Koszyk pieczywa i masło w tle.

Croissant i mleczna czekolada.

Jambon Gruyère

Quiche ze szpinakiem.

Pełna sala ludzi, tutaj to standard.

Mozaika.

W końcu to piekarnia!


niedziela, 2 czerwca 2013

Cafe Baobab

20-40zł
cafebaobab.pl

Podróż po kulinarnych odcieniach Warszawy trwa, tym razem zaprowadziła nas na Saską Kępę, gdzie mieliśmy okazję spróbować dań kuchni senegalskiej, i wypocząć w miłej, kawiarnianej atmosferze. Rozmawialiśmy z właścicielem miejsca, Azizem Seckiem.

Damian Dawid Nowak: Jak zaczęła się Pańska przygoda z gastronomią?

Aziz Seck: Do Polski trafiłem lata temu, jako koszykarz. Po pewnym czasie zrozumiałem, że nie mogę się tym zajmować na stałe, i zacząłem pracować w gastronomii. Najpierw jako barman, później zostałem menagerem. Cafe Baobab to pierwszy mój własny lokal, będący zwieńczeniem kariery.

DDN: Kto jest autorem dań?

AS: Dania są tradycyjne, senegalskie. Na początku sam gotowałem, teraz zatrudniam dwóch dwóch Senegalczyków, którzy chcą smaku dokładnie takiego, jak w Senegalu. Jednego z nich ściągnąłem tutaj z Francji. Zależy nam na autentyczności kuchni, ale pamiętajmy, że smak dań różni się nawet pomiędzy rejonami niewielkiego Senegalu. Świetnym przykładem jest moja żona - dwukrotnie odwiedziła Senegal, próbowała tamtejszego jedzenia, kupiła niezbędnne książki i składniki. Jedzenie było smaczne, ale spytałem - co to jest? Żeby odwzorować kuchnię, trzeba znać ją od dziecka.

DDN: Jak scharakteryzowałby Pan kuchnię senegalską?

AS: Senegal to małe państwo, z jednej strony otoczone morzem, z drugiej rzeką - stąd mnóstwo ryb. Dania są ostre, choć w naszej restauracji staramy się je trochę stonować do Polskiego smaku. Oczywiście, są ludzie, -często Ci, którzy wcześniej odwiedzili Senegal - którzy chcą smaku dokładnie takiego, jak w Afryce. Dla nich doprawiamy ostrzej, a czasem nawet jemy na ziemi używając rąk, w tradycyjny sposób.

DDN: Czy ciężko o produkty niezbędnne do przygotowania dań?

AS: Do niektórych - tak, niezbędne jest na przykład masło arachidowe. Choć jest już lepiej. Pamiętam, gdy przyjechałem do Polski, ciężko było dostać korzeń imbiru. Teraz jest on dostępny w każdym markecie, ponadto istnieją miejsca, gdzie można dostać afrykańskie i indyjskie przyprawy i owoce. Staramy się wszystko kupować na miejscu - indywidualny import znacznie podniósł by ceny dań.

DDN: Czemu indyjskie?

AS: Kuchni senegalskiej blisko do arabo-indyjskiej, sporo osób żyjących w Senegalu to muzułmanie.

DDN: Jaki jest odbiór kuchni senegalskiej, czy jest konkretny odbiorca?

AS: Polacy! Nie ma ambasady ani konsulatu senegalskiego, co sprawia, że w Warszawie nie mieszka wielu senegalczyków. To nie Francja.

W lokalu nie tylko mieliśmy przyjemność spróbować kuchni, ale wspólnie przestudiowaliśmy książkę Sénégal : La cuisine de ma mère, określaną przez Aziza, jako "nasza Biblia". Dokładnie pokazywała wszystkie regionalne potrawy, owoce oraz sposób ich przyrządzania i jedzenia. Dowiedzieliśmy się, że w Senegalu chilli rośnie gęsto niczym chwasty, bazary są pełne suszonych ryb, a owoc, którego nazwy nie znalazłem w internecie (sic), napełnia dom najpiękniejszym zapachem.

Na początku, spróbowaliśmy zupy z batatów. Ciekawe połączenie kremowej słodkości, z ostrą nutą imbiru, całość przypominała trochę krem z dyni. Dla mnie dość ostra, dla mojej towarzyszki łagodna. Wszystko przez imbir, którego w swojej kuchni używam bardzo ostrożnie.
Na talerzu znalazł się miks: Fataya - pierożki z nadzieniem wołowym, oraz ich wegetariańska odmiana - świetne o cieście przypominającym grubsze ciasto francuskie. Do tego Boulettes de poisson, kuleczki rybne, o bardzo wyraźnym, intensywnym smaku i aromacie. Wszystko podane z sosem pomidorowym, gotowanym razem z warzywami.

Aziz Seck z małpim owocem.

Talerz rozmaitości.

Po lewej hibiskus, po prawej imbir.

Basia z zupą z batatów i chlebem pita.

Zdjęcia ozdabiające lokal, pochodzą z rodzinnych albumów Aziza.

Ciepłe oświetlenie.

Za oknami deszcz.

Bar.


sobota, 1 czerwca 2013

Kosmos Kosmos

kosmoskosmos.pl
do 20zł

Jedna z szybszych, nieplanowanych wcześniej wizyt. Dwa zdjęcia na dziko, za to pozytywne wrażenia od samego wejścia -  jak mogłoby być inaczej, jeśli bar jest obudowany klockami LEGO! Do tego sentymentalnego obrazu dodajcie: piękne, kolorowe murale (autorstwa "Swanskiego"), sporą przestrzeń, srebrną podłogę oraz świetną muzykę (na wejściu Grimes).

Za sterami tego statku kosmicznego siedzą Karolina i Kazio Staszewscy, wcześniej prowadzący wydawnictwo pod tą samą nazwą. Lokal wielofunkcyjny, przyjazny dzieciom, czynny od 11 do ostatniego gościa - koncept bardzo nam się podoba.

Lokal ma w ofercie dużo dań vegańskich, śniadań, oraz rozbudowane menu lunchowe. Zdecydowałem się na queasadillę z kurczakiem, moją towarzyszkę skusił drób burger. Jedzenie przekąskowe, dodatek do kawy bardziej, niż samodzielny posiłek. Quesadilla dość dobra, o smakowitym nadzieniu i odpowiednim sosie, jednak nie zachwyca. Burger z prawdziwą, pełnoziarnistą bułką, co się chwali, z frytkami z prawdziwych ziemniaków i soczystym, kurczakowym wnętrzu.

Świetne miejsce na powolną kawę, lub spotkanie ze znajomymi w leniwej atmosferze i w przyjemnym wnętrzu. Jeśli nie przeszkadza wam powolna, i dość nieogarnięta obsługa, to można coś zjeść. Przez nas, punkt jednoznacznie przyporządkowany do kategorii "klubokawiarnia".

Kiedy zbyt długo patrzysz w otchłań...
...otchłań zaczyna patrzeć w Ciebie.

Chicken burger!

Quesadilla z kurą

Turcjo, jesteś taka piękna, gdy się złościsz.

Dla tych, którzy oczekują artykułu kulinarnego, lekkie rozczarowanie: dziś publikuję przetłumaczony tekst mojego przyjaciela, Burhan Gökay Yıldırım, z którym razem studiowałem filozofię. W prywatnej wiadomości przesłanej przez FB prosił o udostępnienie informacji o sytuacji w Turcji jak największej ilości osób, a ten blog jest medium, dzięki któremu jest to dla mnie możliwe w Polsce.

"Przyjaciele,

Nie wiem, czy orientujecie się w sytuacji, ale chciałem podzielić się z Wami tym, co się działo w ciągu ostatnich trzech dni w moim państwie, i moim mieście - Istambule. Czuję, że moim obowiązkiem jest podzielić się tym w prywatnej wiadomości, omijając to, co mogą przekłamać media. Możecie to zignorować, przekazać dalej, lub po prostu przeczytać. Może już wszystko wiecie.

Przez ostatnie kilka miesięcy obywatele, zwłaszcza Ci, którzy wspierają opozycję, zostali wzburzeni przez akcje Tureckiego rządu. Zaczynając od zburzenia historycznego kina Emek, i zdarzeń bezpośrednio za tym podążających (min. prohibicja), doświadczamy niepokojów społecznych. Trzy dni temu rząd zdecydował się działać przeciwko ludziom bojkotującym wyburzenie Parku Gezi, ostatniej ostoi zieleni w Taksim, co zmieniło się w wielki protest. Siły policyjne są wykorzystywane by przegnać nas z placu Taksim, i zmienić go w centrum handlowe. Jednakże, z każdą mijającą minutą przybywa protestujących. Zmieniamy się w powstanie przeciwko rządowi, oraz tyrani demokracji. Nazywam to tyranią demokracji, ponieważ w historii demokracja niejednokrotnie okazywała się bardziej destruktywna niż monarchia czy teokracja. Nie wierzcie, gdy media podają, że mamy tu prawdziwą demokrację.

Wszystko jest blokowane, główne media już są kontrolowane, bądź zamykane, a zwierzchnicy próbują zamknąć inne drogi komunikacji. W tym momencie blokowany jest twitter, a za chwilę spotka to facebooka. Turcja jest w potrzebie, ale mamy nadzieję sobie z tym poradzić. Przesyłam pozdrowienie, i proszę o wszelkie możliwe oznaki solidarności!"

Burhan Gökay

Dodatkowe linki:
http://occupygezipics.tumblr.com/
http://www.ustream.tv/recorded/33576827?utm_campaign=t.co&utm_source=33576827&utm_medium=social
http://uk.reuters.com/article/2013/05/31/uk-turkey-protests-idUKBRE94U0JA20130531